PREMIERA „TRANSFORMERS” W BERLINIE

trans

Światowa premiera najnowszego filmu o Transformersach odbyła się w Hong Kongu. Potem ekipa promowała produkcję w Szanghaju, Pekinie i Nowym Jorku, aż w końcu przyszedł czas na Europę. Na miasto oficjalnej inauguracji filmu, wybrany został Berlin. Choć odbywa się tu sporo tego typu eventów, ten przebił je rozmachem. Od paru dni pod kinem w Sony Center na Potsdamer Platz budowano scenografię, na którą składał się m.in.: olbrzymi Optimus Prime i żółty Chevrolet Camaro, czyli samochodowe alter ego Bumblebee. Przy bardzo długim czerwonym dywanie od wczesnych godzin porannych ustawiały się tłumu fanów wyposażonych w gadżety z filmu, gotowe by podpisały je gwiazdy. Jeśli chodzi o ekipę, która przybyła do Berlina nie było rozczarowań. Na scenie mogliśmy oglądać piękną Li Bingbing w jasnej kreacji Elie Saab Couture i młodziutką Nicolę Peltz w białej sukni z seksownym wycięciem na plecach od Stelli McCartney. Był też reżyser Michael Bay, odtwórca głównej roli Mark Wahlberg i debiutujący w tak dużej produkcji Irlandczyk Jack Reynor. Aktorzy chętnie udzielali wywiadów. – Mam trochę siniaków i zadrapań, bo wszystkie akrobacje robiłem sam, ale nic poważnego mi się nie stało – przyznał Mark Wahlberg. – Mam 43 lata, więc nie jest mi już tak łatwo, jak kiedyś. Ale kiedy Michael Bay stoi za kamerą jestem w stanie zrobić wszystko, bo wiem, że on zadba abym wyglądał cool – dodał ze śmiechem. – Nad tym filmem pracowało cztery tysiące osób, skończyliśmy tak naprawdę bardzo niedawno, więc teraz marzą mi się tylko wakacje – powiedział Bay. Bingbing z kolei podzieliła się z fanami ciekawostką, że ze względu na swoje poprzednie filmowe doświadczenie nie korzystała z dublera w scenach walki, więc to co widzimy na ekranie to w 100% jej umiejętności. Okazało się też, że słabo mówiąca po angielsku aktorka została zmuszona obyć się na planie bez swojego tłumacza. Bay chciał aby dzięki temu pokonała barierę językową.

Po dość długiej części oficjalnej przyszedł moment, na który wszyscy czekali – zgasły światła i w ponad 10 salach kinowych zaczęła się projekcja filmu. Tym razem miałam szczęście, bo produkcja wyświetlana była w oryginale, nie musiałam więc męczyć się słuchając niemieckiego dubbingu. Niestety po bardzo obiecującym początku, szybko okazało się, że nie będą to najprzyjemniejsze 2 godziny i 45 minut w moim życiu. Film ma dwie zalety – przyzwoicie grającego Wahlberga, który trochę ratuje całość i niesamowite efekty specjalne powodujące że jakoś da się wysiedzieć ten szmat czasu! Poza tym „Transformers: Wiek zagłady” to jeden wielki gniot! Peltz jest niewiele ciekawsza niż kawałek drewna, rola Bingbing pojawia się w filmie chyba tylko po to, aby obraz lepiej sprzedał się na azjatyckim rynku, product placement jest wręcz absurdalny i zaaplikowany „z lekkością i finezją” rodem z polskiej telewizji, dialogi powodują, że jasny staje się fakt, iż film został stworzony dla 12-latków, a cała fabuła jest dość mało przekonująca (czasem miałam wrażenie, że scenariusz w ogóle nie istnieje, ważne tylko aby co 5 minut był wybuch). Żeby była jasność – uwielbiam amerykańskie superprodukcje i uważam, że czasem super trochę się wyłączyć i oddać lekkiej rozrywce. Niestety Transformers w moim przypadku nie spełnił nawet tej roli weekendowego, popkulturowego guilty pleasure.

Fot. mat.pras.

Bumblebee

Fot. mat.pras.

Fot. mat.pras.

Fot. mat.pras.

Fot. mat.pras.

Fot. mat.pras.

Fot. A.Żmuda

zdjecie

Fot. A.Żmuda

 

Lubię(0)Nie lubię(0)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Czerwony Dywan i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Komentarze

Liczba komentarzy: 0

    Dodaj komentarz