DOMINIKANA – MOJE ŻYCIE POD PALMĄ

palma

 

Przeciętny Polak z Dominikaną ma dwa skojarzenia: rajskie plaże z palmami i afera z polskim nuncjuszem papieskim. Te dwa skrajne skojarzenia mogą posłużyć do krótkiej charakterystyki tego gorącego karaibskiego kraju. Dominikana to silne kontrasty i kilka różnych światów.

Turysta zwykle widzi dwie rzeczy: luksusowy hotel otoczony wysokim murem pilnowanym przez ochroniarza uzbrojonego w karabin, oraz świat poza hotelem, czyli biedę. To drugie tylko wtedy, kiedy jest na tyle ciekawy świata i odważny, by zignorować ostrzeżenia, że „na zewnątrz” jest niebezpiecznie. W dużych hotelach tak niestety przedstawiana jest prawdziwa Dominikana, ta nie turystyczna. Powodem jest polityka hotelu – najlepiej, żeby turysta nigdzie nie wychodził, a swoje pieniądze wydawał w tylko u nich. Szkoda, bo niektórzy dają się zastraszyć i wracają do siebie zwiedziwszy tylko hotel – zwykle taki sam jak na Majorce, na Lazurowym Wybrzeżu  czy na Rodos. Nie warto lecieć tyle godzin, żeby zobaczyć tylko hotel i plażę, tym bardziej, że na Dominikanie nie jest bardziej niebezpiecznie niż w Warszawie czy Świnoujściu.

W okolicy hoteli często można spotkać bose, obdarte dzieci, które żebrzą, myją szyby w samochodach stojących na światłach, sprzedają orzeszki lub owoce. Obwoźni, a raczej piesi sprzedawcy oferują wszystko: cygara, koraliki, biżuterię z larimarem (zwanym „dominikańskim bursztynem”, przepięknym błękitnym kamieniem), świeżo złowione homary, ostrygi czy dmuchane zabawki na plażę. W ofercie również piękne, kolorowe pareo z napisem „Republica Dominicana” (niestety, made in China). Dalszy spacer może zaprowadzić nas do „barrio” – osady, gdzie mieszkają biedniejsi Dominikańczycy. Domy często wyglądają jak lepianki, choć zdarzają się i rozbudowane rezydencje. Większość z nich jest parterowa, a z płaskiego dachu wystają żelazne druty – znak, że właściciel w lepszych czasach ma zamiar dobudować drugie piętro. Niestety lepsze czasy zwykle nie nadchodzą i niepomalowane, nieotynkowane budynki straszą wyglądem.

Jeśli turysta wybierze się na własną rękę do stolicy państwa, Santo Domingo i dajmy na to, uda się do drogiej restauracji, zobaczy bogatych, eleganckich Dominikańczyków i Dominikanki, które nawet na zebraniu rodziców w szkole wyglądają, jakby wybierały się na ślub. I to nie ubogiej kuzynki, a VIP-a z pierwszych stron gazet. Przesadna elegancja, włosy zawsze od fryzjera, wyprostowane, to tutaj mus. Dominikana to chyba jedyny kraj, gdzie prawie wszystkie kobiety, łącznie z murzynkami, mają proste włosy. Afro, skręty czy dredy nie są w modzie. Fryzurę uzupełniają półmetrowe paznokcie z wzorkami i brylancikami, szpilki na gigantycznym obcasie oraz obcisła mini w krzyczącym kolorze. Modę można podsumować trzema słowami: późne lata osiemdziesiąte. Kolorowe sukienki lub suknie, zawsze eksponujące kobiece wdzięki, więc duży dekolt, często też na plecach i obcisłe mini. Europejskie czy Amerykańskie modelki nie mają tutaj czego szukać – w modzie są kobiece kształty, a „flaca” czyli „chuda” to nie komplement, a defekt urody (w jednym ze swoich przebojów śpiewający bachatę i merengue, Prince Royce wyznaje, że „nawet jeśli jesteś chuda, mi to nie przeszkadza”).

Jeśli nasz turysta udałby się na plażę, gdzie chodzą dominikańczycy (najlepiej do jednego z eksluzywnych „Club de Playa”, choć tam raczej by go nie wpuszczono, kluby są tylko dla członków), zdziwiłby się widząc dalszy ciąg pokazu mody, tym razem jednak celem jest zakrycie jak największej powierzchni ciała. Kobiety więc prezentują zwiewne długie suknie, a mężczyźni białe lniane koszule, długie spodnie lub rybaczki i mokasyny. W kostiumie kąpielowym można zobaczyć dzieci. Wycieczka na plażę polega na siedzeniu w restauracji.

Biedni dominikańczycy kąpią się (jeśli odważą się wejść do wody, bo dużo osób nie umie pływać, mimo że mieszka na wyspie!) w ubraniu, lub jeśli mogą sobie na to pozwolić, w różnego rodzaju pareo i ubraniach plażowych – siatkowych koszulkach, sukienkach, bądź  t-shirtach. Powodem jest ochrona przed słońcem i… pruderia.

Kiedy nasz turysta przetrawi już informację, że lokalesi nie opalają się, a od słońca uciekają, może pokontemplować lokalny sposób na kąpiel. Stoi się w dużej grupie w morzu, lub siedzi w basenie, z drinkiem w dłoni, wesoło gaworzy i od czasu do czasu dolewa ruum Barcelo, lub Brugal (produkcji dominikańskiej). Można też zapalić. Tańce dozwolone. Amatorów pływania jest niewielu.

Gdy turysta pokręci się trochę po mieście, zdziwi go wszechobecność Boga. Na wielu pojazdach przeczyta napisy „Christo viene ya” („Chrystus już nadchodzi”), „Gloria a Dios” („Chwała Bogu”) czy „Todo se lo debo a Dios” („Wszystko zawdzięczam Bogu”). To ostatnie szczególnie na wypasionych jeepach, które są tu bardzo popularne. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę dominikański sposób prowadzenia auta. W dużej, masywnej terenówce (najlepiej Hummerze) człowiek jest bezpieczniejszy. Na drodze obowiązuje jedna zasada: kto pierwszy ten lepszy. Wpychanie się, wyprzedzanie z prawej strony, skręt z lewego pasa w prawo bez kierunkowskazu – to wszystko jest nagminne. Normalna jest także jazda pod prąd ulicą jednokierunkową – jeśli komuś tak jest bliżej. Na drodze trzeba być przygotowanym na wszystko i pozostaje tylko modlić się o bezpieczne dotarcie do celu.

Aroganckie zachowanie za kierownicą jest wyjątkiem, gdyż Dominikańczycy to ludzie bardzo otwarci, przyjacielscy i uprzejmi. Zawsze dla każdego mają czas, nigdy się nie spieszą i poświęcają rozmówcy całą uwagę. Nieznajomi  uśmiechają się, zagadują w sklepie. Tylko kiedy wsiadają do samochodu zmieniają się nie przymierzając w uciekających przed pościgiem policyjnym przestępców.

W codziennym życiu często można doświadczyć otwartości i miłości do bliźniego, czasem w zaskakujących okolicznościach. W damskiej toalecie w hipermarkecie zdarzyło mi się usłyszeć od nieznajomej „Yo te quiero mucho” („Bardzo cię kocham”). Miłość do bliźniego ma też odzwierciedlenie w języku. Powszechnym zwrotem grzecznościowym, który można przykładowo usłyszeć od ekspedientki w sklepie czy pracownicy banku, to „mi amor” czyli „kochanie”. Religijność jest również obecna w mowie. Tankując samochód, często słyszę „Vaya con Dios”, czyli „jedź z Bogiem”, a kiedy żegnam się z pracownikiem, mówiąc „do jutra”, zwykle odpowiadają mi „Si Dios lo quiere”, czyli jeśli Bóg zechce.

Dominkańskiej przyrodzie można by poświęcić całe tomy. Wspaniała tropikalna roślinność daje uczucie obfitości, pełni. Palmy są wiecznie zielone, kwiaty kwitną w zasadzie cały czas, tropikalne owoce są zawsze dostępne (za to jabłka są drogie!).

 

SONY DSC

fot. Joanna Gładysek

photo 4

fot. Joanna Gładysek

photo

fot. Joanna Gładysek

fot. Joanna Gładysek

SONY DSC

fot. Joanna Gładysek

photo 6

fot. Joanna Gładysek

photo 5

fot. Joanna Gładysek

photo 2

fot. Joanna Gładysek

photo 7

fot. Joanna Gładysek

 

TEKST I ZDJĘCIA: JOANNA GŁADYSEK, DOMINIKANA

SONY DSC

Joanna Gładysek urodziła się w Warszawie, 12 lat mieszkała w Mediolanie, zanim burzliwe losy rzuciły ją na Karaibską wyspę. Z wykształcenia anglistka, kiedy nie wychowuje trójki dzieci i psa, tłumaczy książki. Uwielbia muzykę jazzową i literaturę oraz podróże. Ze wszystkich cudów świata najbardziej fascynują ją ludzie. Na Dominikanie prowadzi z mężem aparthotel.

https://www.facebook.com/plaza.dolio?fref=ts

https://www.facebook.com/PolacynaDominikanie?fref=ts

 

 

 

 

Lubię(0)Nie lubię(0)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Miejsca i smaki i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Komentarze

Liczba komentarzy: 0

    Dodaj komentarz