LUDZKIE HISTORIE: ŻYCIE NA DOMINIKANIE

grazyna

JEST TAK JAK JEST I KONIEC!

Wielokrotnie zastanawiałam się jak to jest wyjechać na zawsze z rodzinnego kraju? Zostawić rodzinę i przyjaciół, pracę, znajome miejsca. Ale za to żyć w kraju, gdzie zawsze świeci słońce i codziennie można pójść na plażę. Czy tęskni się za zmieniającymi się porami roku, za polskimi smakami? A może banany zrywane wprost z drzewa i błękitne niebo rekompensują wszystko? Zauważyłam również, że często poszukujecie informacji na temat życia codziennego na Dominikanie. Oto i jest! Pełen przegląd! Nasza korespondentka z Dominikany Joanna Gładysek zrobiła wywiad z Grażyną Kopczyńską – Polką mieszkającą na wyspie od 40 lat! Przeczytajcie jej barwne wspomnienia:-)

Joanna Gładysek: Zacznijmy od początku. Kiedy przyjechałaś na Dominikanę?

Grażyna Kopiczyńska: Wylądowałam 31 grudnia 1974 roku.

Dlaczego właśnie wtedy? Skąd ta data?

– Z Polski wyjechaliśmy w czerwcu 1974, ale dowiedzieliśmy się, że w gazecie dominikańskiej opublikowano nazwisko męża na liście osób, które mają zakaz wjazdu do Dominikany. Dlatego polecieliśmy do USA, gdzie miał rodzinę. W Urzędzie Migracyjnym poprosił o zbadanie, czy rzeczywiście ma zakaz wjazdu do Dominikany i jeśli okazałoby się, że to prawda, chciał wystąpić o azyl polityczny. Odpowiedź z urzędu przyszła w kwietniu, a my już od stycznia byliśmy na Dominikanie. Wybraliśmy datę 31 grudnia, gdyż w tym dniu Dominikańczycy myślą tylko o tym, co ich czeka w nocy, piją dużo, wszyscy są bardzo szczęśliwi i zadowoleni. Oprócz tego znajomy szwagra miał wtedy dyżur na lotnisku, wiedzieliśmy więc, że nie będziemy bardzo kontrolowani i że mamy szansę na wjazd na wyspę. Faktycznie wszyscy byli bardzo zadowoleni, nie wiem, czy dlatego, że ja przyleciałam? (śmiech). Z lotniska wyjechaliśmy bez problemów. Po jakiś 2 kilometrach jazdy zatrzymały nas na czarno umundurowane służby, w czarnych kaskach, z długimi karabinami. Mało nie zemdlałam. Nie wiedziałam, czy to wojsko, czy policja. Jednak puścili nas. Dojechaliśmy i siedzę tu już 40 lat!

IMG_0722

Fot. arch.pryw.

Dlaczego mąż nie mógł wrócić na Dominikanę? Przecież był Dominikańczykiem?

– W tamtych latach nikt, kto studiował w kraju socjalistycznym nie mógł z powrotem wjechać do Dominikany. Proamerykański rząd bardzo bał się komunistycznej propagandy. Było wielu takich ludzi. Po prostu studiowali w krajach socjalistycznych: w Związku Radzieckim, w Rumunii, na Węgrzech, w Bułgarii. W Polsce był tylko on jeden, potem przyjechał drugi student.

A skąd on się wziął w ogóle w Polsce?

– Większość stypendiów, jakie można było dostać, było przez partię komunistyczną. On nie był w partii komunistycznej, stypendium dostał przez Związek Studentów Dominikańskich, który miał kontakty z Międzynarodowym Związkiem Studentów w Pradze. Najpierw pojechał do Pragi i stamtąd posłali go do Polski.

Kiedy wjechaliście tutaj, nie miał już żadnych problemów, np. z pracą?

– Owszem, miał, chociaż na początku dostał pracę na uniwersytecie, ale na następną musiał czekać rok. Wtedy przeprowadziliśmy się do Santo Domingo.

Cofnijmy się trochę w czasie. Dlaczego w ogóle przyjechaliście do Dominikany? Ze względu na męża, tak?

-Skończyło mu się stypendium, to po pierwsze. Po drugie, on na pewno by nie przeżył w Polsce. Co zimę chorował. Poza tym nie sądzę, żeby się przyzwyczaił do życia w Polsce.

A ile lat był w Polsce?

– W sumie 10.

Opowiedz jak się poznaliście.

– Studiowaliśmy na tym samym wydziale, na MEL-u, na Politechnice Warszawskiej. Byliśmy na tym samym roku. Jego znajomy, Wenezuelczyk, zaczepił mnie przy obiedzie, w stołówce. On był z nim. Zgadało się, że studiujemy na tym samym wydziale i zaczęliśmy się spotykać. On potrzebował pomocy z nauką polskiego.

A jak w ogóle mąż ma na imię?

– No nie wiem, jak to napiszesz… (śmiech)  Tito Livio.

Od razu ci się spodobał?

– Nie! Myśmy się spotykali towarzysko, pomagałam mu, a później tak jakoś, nawet nie pamiętam, jak to się zmieniło.

Nie pamiętasz tego momentu, kiedy się zakochałaś? Kiedy miłość spadła na ciebie jak grom z jasnego nieba?

– (śmiech) Chyba to nie był grom z jasnego nieba. Po prostu tak… Przyjaźń, zbliżenie między dwoma osobami. Poza tym śpiewał mi takie hiszpańskie piosenki, z których nic nie rozumiałam… (śmiech) Ale bardzo ładne były.

A pamiętasz którąś z tych piosenek?

– Na przykład Besame mucho. (śmiech)

Tym cię tak ujął. Ślub wzięliście w Polsce?

– Tak, w 1967 roku. W 1968 urodził się Gustavo, a w 69 córka, Damiana. Przerwałam studia, a że miałam skończone liceum pedagogiczne, poszłam do pracy. W Warszawie mieszkania były bardzo drogie, nie było nas stać, dostałam pracę pod Warszawą, we wsi koło Wołomina.

Mąż cały czas studiował?

– Studiował i wyjeżdżał do pracy. Do nas przyjeżdżał na weekendy, ferie.

W 1974 roku wyjechaliście z Polski, zmierzając do Dominikany. W Nowym Jorku byliście…

– Pół roku. Ojojoj, nawet nie chcę tego wspominać.

Co tak ci się nie podobało?

– Chmara ludzi, pożary. Początkowo mieszkałam na Grand Concourse, pod oknem ciągle wyły syreny, bez przerwy, bo blisko była straż pożarna, szpital i policja. Później się przeprowadziłam i było trochę spokojniej, ale na moich oczach facet wyrwał kobiecie torebkę na ulicy i jeszcze dał jej w dupę. Właściwie to nie wiem dokładnie dlaczego, ale czułam się tam niepewna, jakby osaczona, nawet nie wiem przez co. Brud, Boże kochany! Największe karaluchy na świecie mieszkają w Nowym Jorku.

Wiesz, to jest takie chyba nietypowe. Bo w tych latach w Polsce to każdy marzył, żeby móc pojechać do Nowego Jorku, do Ameryki, a tobie się nie podobało.

– Tutaj już, w Dominikanie, poznałam przyjaciółkę, z którą do tej pory utrzymuję kontakt, Amerykankę. Powiedziałam jej o tych moich odczuciach, a ona stwierdziła, że wcale mi się nie dziwi, że Stanów Zjednoczonych wcale nie poznałam. Też nienawidzi Nowego Jorku i nigdy nie mogłaby tam mieszkać. Tak że to nie tylko moje wrażenie, są nawet Amerykanie, którzy Nowego Jorku nie lubią. Jak przyjechaliśmy do Dominikany, następnego dnia pojechaliśmy do San Juan de la Maguana, bo stamtąd mój mąż pochodził, a syn już pierwszego dnia powiedział mi: Mamo, jeśli nie wrócimy do Polski, to zostańmy tutaj. Czyli moje dzieci też nie chciały być w Nowym Jorku.

Gustavo miał 7 lat, kiedy przyjechaliście. Nigdy nie mówił, że wolałby wrócić do Polski?

– Nie, od razu mu się spodobało. Pierwszy rok mieszkaliśmy w San Juan, u teściowej. Dzieci szybko znalazły kolegów, mieli kuzynkę, ja też byłam spokojniejsza. Pierwszy okres był taki turystyczny, poznawaliśmy kraj.

IMG_0723

Fot. arch.pryw.

A jakie były twoje pierwsze wrażenia, kiedy tu przyjechałaś?

– Bieda. Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, ale do tej pory, kiedy jedziesz z lotniska Las Americas do Santo Domingo, najpierw widzisz morze, ale potem po prawej stronie widzisz puste pola, chałupki, nawet kiedy już wjedziesz do miasta, to dalej są te chałupki.

W Santo Domingo Este, tak?

– Tak. Wtedy nie było takie jak teraz. Mniej rozbudowane, mniejsze i biedniejsze, tylko chałupki. Poza tym kiedy przyjechaliśmy trochę się bałam ze względu na język, byłam bardzo zależna od męża.

Nie mówiłaś po hiszpańsku.

– Prawie nie mówiłam. W San Juan szwagierka mnie uczyła, motywowała mnie do codziennego czytania gazety, poprawiała mnie, kiedy mówiłam. Pomagały mi też dzieci, bo same nauczyły się piorunem!

Na początku nie pracowałaś?

– Wiele lat nie pracowałam. W 1979 poszłam tu na uniwersytet, studiowałam inżynierię chemiczną.

IMG_0724

Fot. arch.pryw.

Dlaczego zdecydowałaś się tu pozostać?

– Z tym to jest wcale niełatwa sprawa. Poznałam tu Rumunkę, która przyjechała 2 lata po mnie. Po 1978 roku tutaj się bardzo zmieniło, wygrała partia PRD (Partido Revolucionario Dominicano – Dominikańska Partia Rewolucyjna) i nie prześladowano już osób z krajów socjalistycznych. Tzn. rząd nie prześladował, ale dostać pracę w firmie amerykańskiej nadal graniczyło z cudem.

Ale przed tymi zmianami, w jaki sposób prześladowano ludzi z krajów socjalistycznych?

– Zatrzymywano ich, a niektórych deportowano. Aresztowano przy wjeździe. Ty już mieszkasz tu jakiś czas na Dominikanie i wiesz, że tutaj trzeba mieć w rodzinie albo wśród bliskich znajomych: lekarza, policjanta i polityka. Sprawy załatwia się przez znajomego kolegi, który ma szwagra, który z kolei zna kogoś, kto może w jakiś sposób pomóc. W ten sposób można wszystko załatwić.

Wy w rodzinie też mieliście lekarza, policjanta i polityka?

– Lekarza to mają, ale policjanta ani polityka nie.

Ale po tych zmianach było już łatwiej.

– Czekaj, mówiłam ci o tej Rumunce, Teodora się nazywała. Ona aż do swojej śmierci krytykowała tu wszystko, wszystko było źle, cały czas porównywała Dominikanę z Rumunią. Jest jasne, że to jest nieporównywalne. Ona bardzo z tego powodu cierpiała. Ja nie chcę powiedzieć, że tu mnie coś zachwyciło, choć są rzeczy, które mnie zachwycają, np. klimat. W Polsce chorowałam co zimę, a tutaj ani razu. Ale przyszedł taki moment, kiedy powiedziałam sobie, jeśli mam tu zostać, muszę się tu jakoś ułożyć. W tym środowisku, jakie jest, w brudzie, bałaganie itd. moją oazą był mój dom. Czy ty nie masz czasem wrażenia, że to wszystko tutaj to jest surrealistyczne? Ten chaos, brud, bałagan?

Mam.

– No, a w moim domu było tak jak ja chciałam. A jak zaczęło się psuć, to wyprowadziłam się i rozwiodłam.

Ale nie wyjechałaś z wyspy.

– Nie mogłam. Wtedy chciałam wrócić do Polski, ale mąż nie pozwolił. Starsze dzieci urodziły się w Polsce, ale mały urodził się tutaj, nie mogłam go zabrać bez zgody ojca. Mąż miał manię prześladowczą.

Może przez swoje doświadczenia życiowe, na których mógł ją sobie budować?

– Ale nie można całe życie żyć przeszłością! Czekaj, coś ci powiem a propos manii. Moja mama urodziła mnie, kiedy miała 40 lat i całe życie się bała, że „Grażyna zostanie sierotą”. Do liceum ogólnokształcącego nie mogłam pójść, bo zostanę sierotą bez zawodu. Do chemicznego rodzice nie pozwolili, bo oboje mieli wykształcenie chemiczne i byli z tego powodu poszkodowani. Powiedzieli, że chemia odpada. Dlatego chemię dopiero studiowałam tutaj, kiedy mama już nie miała nic do gadania. W Polsce kazali mi iść do liceum pedagogicznego, bo to najlepszy zawód, najpewniejszy. Zawsze jest praca. Skończyłam to liceum, przeżyłam, mówię, no to teraz idę na chemię. „Chyba że się utrzymasz”. No to poszłam na MEL. Kiedy wyjechałam, zostawiłam mamę już starszą. Pierwszy raz pojechałam do Polski w 1997 roku i mama była w świetnym zdrowiu. Czyli ta jej obsesja, że zostanę sierotą zupełnie była niepotrzebna.

A jakbyś opisała Dominikańczyków? W paru słowach.

– Hmmm… Mnie jest trochę trudno, bo zwykle pracuję z dziećmi, ale pracowałam też z dorosłymi. Przykro mi, ale jest mało rzeczy pozytywnych. Po pierwsze kłamią, i to kłamią chyba nałogowo, czasem bez żadnego celu. Dominikańczyk nie potrafi powiedzieć, że nie wie.

To prawda, też mam takie wrażenie.

– Wymyśli cokolwiek, żeby nie powiedzieć, że nie wie, zmyśla. Są w większości nielojalni.

Czyli dbają tylko o swój interes?

– Tak, choć to się spotyka gdziekolwiek. Ale ja mam bardzo mało przyjaciół Dominikańczyków. Poza tym są, jak to powiedzieć, aguajeros, to znaczy, nieszczerzy.

Czyli pokazują, że są przyjaciółmi, a myślą co innego?

– Ja nie wierzę, że człowiek normalny, z którym widzisz się codziennie, nie ma takiego dnia, żeby chciał cię posłać do diabła.

A oni są zawsze mili.

– Oni są zawsze przyjemni. To jest po prostu nieszczere. Człowiek ma prawo powiedzieć: słuchaj, dzisiaj nie będę z tobą rozmawiać, źle się czuję, nie mam chęci.

Wiesz, można na to też spojrzeć jako na zaletę. Nie okazują nieprzyjemnych uczuć, zawsze są mili.

– A to zależy. Chyba, że Dominikańczyk jest za kierownicą. (śmiech)

A no tak. Zgadza się. Za kierownicą staje się innym człowiekiem.

– Inny naród.

A coś pozytywnego?

– Są weseli, w większości. Dobrze tańczą, oczywiście tylko merengue i salsę.

I bachatę.

– A to nie wiem, bo bachaty nie tańczę. No teraz to już w ogóle nie tańczę.

Czyli jeśli chodzi o takie życie na co dzień, to masz niezbyt pozytywną opinię o Dominikańczykach.

– Potrafię mieć poprawne stosunki, ale przyjaźń jest mi trudno zawrzeć. Mam bardzo wielu znajomych, ale o prawdziwą przyjaźń trudno. Poza tym bardzo ulegają wpływom innych ludzi, opinii ogólnej.

A co twoim zdaniem turysta powinien zobaczyć na Dominikanie?

– Niech leży na plaży i nic nie ogląda! (śmiech) Plaże to jest największe bogactwo tego kraju, według mnie. Turysta może obejrzeć Zona Colonial czyli Stare Miasto w Santo Domingo, inne obiekty turystyczne, ale turysta nie będzie potrafił zrozumieć Dominikany, na to potrzeba lat.

A inne miejsca ciekawe przyrodniczo?

– Bardzo lubię Jarabacoa.

Czyli góry, wodospady.

– Góry, lasy. Wychowałam się w centralnej Polsce, ale wakacje zawsze spędzałam w lasach. Bardzo lubię też część zachodnią Dominikany, która nie jest tak eksploatowana turystycznie. Za Barahona, piękne plaże, góry są blisko.

Teraz pytania bardziej emigracyjne. Czy czujesz się Polką?

– Na pewno, nie czuję się Dominikanką.

Ale wybrałaś życie w innym kraju, poza Polską.

– Ja wiem, czy ja wybrałam? Tak wyszło. Nie wybrałam.

Ze względów rodzinnych.

– Przez dzieci przede wszystkim. Kiedy chciałam wracać do Polski, długo się zastanawiałam. Rozmawiałam ze znajomą psycholog i ona powiedziała mi, że nie mam prawa pozbawić dzieci ojca. Myślę, że i tak bym została. Jak ci mówiłam, w Polsce dużo chorowałam, na płuca, na nerki. Zawsze zimą. Kiedy przyjechaliśmy tutaj, mąż zaaplikował mi taką kurację: codziennie wypić mleko z kokosa i codziennie zjeść ananasa. Od tej pory nie miałam już żadnych problemów zdrowotnych.

Czyli wyszło ci to na zdrowie.

– Tak, bardzo. Klimat mi tu bardzo odpowiada.

A nie jest ci za gorąco?

– No wiesz, w sierpniu to trochę gorąco. (śmiech) Ale pracuję w klimatyzacji. Poza tym zaletą tego klimatu jest to, że mimo bardzo wysokiej temperatury, zawsze jest wiaterek.

IMG_0726

Fot. arch.pryw.

Czy masz obywatelstwo dominikańskie?

– Tak.

Ze względów praktycznych?

– Tak, bo pozwolenie na pobyt trzeba co roku odnawiać i to zajmuje cały dzień. I nie wiem, czy tylko ja miałam takie szczęście, ale kiedy szłam to załatwić, to przywozili cały autobus cocolos (czarnych nie-Dominikańczyków) z San Pedro. (śmiech)

Faktycznie, dużo czasu traci się w urzędach.

– Ja mam podwójne obywatelstwo, polskie i dominikańskie.

A głosujesz tutaj w wyborach?

– Kilka razy głosowałam, ale teraz za Boga bym tu do wyborów nie poszła. Nic mnie nie ruszy.

Dlaczego?

– To jest cyrk! To jest darcie kotów między dwiema czy trzema partiami, przyjdzie jakiś dupek i tylko będzie kradł. Na cholerę mam się do tego przykładać?! Tutaj ta kampania wyborcza to jest cyrk na kółkach.

Czyli nie ma tu uczciwych polityków?

– A gdzie są? (śmiech)

Czy w jakiś sposób kultywujesz swoją polskość?

– Mówię po polsku, słucham radia, Jedynki, od czasu do czasu złapię książkę po polsku, dzięki mojej koleżance Asi, która dzisiaj nic mi nie przywiozła.

Kajam się. No i kontakty z Polakami, prawda?

–  Oczywiście! Nie jest nas tu może dużo, ale spotykamy się już od lat.

IMG_0728

Fot. arch.pryw.

A interesuje cię, co dzieje się w Polsce? Polityka, sytuacja, jak jest?

– Słucham radia. Niektóre rzeczy wydają mi się ciekawe, a niektórych nie rozumiem już po prostu.

A na przykład katastrofa smoleńska, tzw. spisek smoleński, obiło ci się coś o uszy?

Ay, hombre, tego to już mam dosyć. Jeszcze kiedy byłam w Polsce, to miałam dosyć II Wojny Światowej, bo dla mnie trwała ona 30 lat, dopóki nie wyjechałam z Polski. Za dużo to wszystko mielą.

W polskich wyborach mówiłaś, że głosowałaś?

– Czytam w internecie o kandydatach, ale przeważnie mój kandydat nie wygrywa. Widocznie mam inne wymagania niż reszta Polski.

Czy czujesz się tu u siebie?

– W moim domu tak. A co to w ogóle znaczy „czuć się u siebie”?

Dobrze się czuć, że to jest twoje miejsce.

– Ja po prostu postanowiłam, że będę się tu czuła dobrze. Nie będę żyła ciągle zastanawiając się, jak by to było w Polsce. Cholera wie, jakby było! Co człowiek może wiedzieć, jakby było? Jest tak jak jest i koniec!

A teraz, kiedy dzieci są już dorosłe, nie myślałaś, żeby wrócić do Polski?

– Za zimno. Ja w Polsce w lipcu marznę.

SONY DSC

 

 

 

Lubię(0)Nie lubię(0)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Miejsca i smaki i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Komentarze

Liczba komentarzy: 0

    Dodaj komentarz