OD MUZYKI PIĘKNIEJSZA JEST TYLKO… CISZA

Zebry 2

To właśnie cisza była motywem przewodnim mojego pobytu w klasztorze buddyjskim. Spędziłam w nim kolejnych kilka dni w ramach wyjątkowej podróży po Tajlandii. (Część pierwszą podróży znajdziesz tutaj)

Cisza… Bijąca od mnichów, delikatnie dźwięcząca w budynkach klasztornych i w bujnej przyrodzie otaczającej je ze wszystkich stron. A po pewnym czasie, także głęboko w Tobie… Ta cisza jest piękna i spokojna, a z drugiej strony trochę niebezpieczna. Kiedy przez dłuższy czas w niej pobędziesz, zaczynają dochodzić do głosu tematy pozamiatane w najdalsze zakątki Twojego umysłu. Rzeczy, którym, dość wygodnie, nie masz czasu przyjrzeć się w biegu codziennego dnia. Cisza z premedytacją wyciąga je na wierzch. Co z nimi zrobisz? Zależy tylko od Ciebie. Możesz na przykład zgrabnie przykryć je odpowiednio dobranym zestawem pozytywnych myśli. Czy to pomoże? Na krótką chwilę zapewne tak, ale zdecydowanie będzie to bardzo krótka chwila. Rozwijając samoświadomość wchodzimy na wyższy poziom poznania siebie, zrozumienia, ale także zaglądamy głębiej w to, co ukrywaliśmy nawet przed samym sobą. Zapytasz: po co? Czy nie mam w życiu wystarczająco dużo zmartwień, by jeszcze zajmować się tym, co tak trudne? Będąc w klasztorze, zadawałam sobie to pytanie wiele razy. Na początku kilka razy sprytnie przed nim uciekałam. Chowanie głowy w piasek okazało się jednak słabym rozwiązaniem. Rozwój i zmiana, by były prawdziwe i trwałe, wymagają konfrontacji z tym, czego do tej pory unikaliśmy. I tak, krok po kroku, przyglądałam się i odkrywałam kolejne warstwy mojej wewnętrznej cebuli: rozczarowanie, smutek, zawód, niepokój, irytację, zmęczenie… A do tego całą plejadę myśli, które za nimi stały – związane ze mną, z moim otoczeniem, przeszłością i planami na przyszłość. W tych momentach nie byłam co prawda uważna na doznania zmysłowe, byłam za to cała ze swoim, reagującym na kolejne emocje, ciałem i wnętrzem, które także czekało, bym je dostrzegła. Spytasz być może, czy to było łatwe. Odpowiedź brzmi: NIE. Jeśli jednak spytasz mnie, czy było warto, tym razem usłyszysz zdecydowane: TAK. Ciekawe, że automatycznie uciekamy przed trudnymi emocjami i niewygodnymi myślami w obawie przed tym, że nas pochłoną. Tymczasem one bardzo często chcą po prostu w nas wybrzmieć. Wystarczy je zauważyć, z szacunkiem i współczuciem dającym nam przyzwolenie, by czuć się w danej chwili tak, jak podpowiadają nam nasze emocje. Wbrew pozorom nie służą one temu, by nas pognębić, lecz temu, by zwrócić nam uwagę na coś bardzo istotnego w naszym życiu, relacjach, dążeniach, na coś, o czym być może zapomnieliśmy na dłuższy moment.

Jednak cisza i głęboki kontakt ze sobą nie był jedyną nauką, jaką ofiarował klasztor. Dostałam w prezencie także dużą dawkę pokory.

Dom mnicha 2

FOT. AP*

Dom mnicha

FOT. AP*

W klasztorze każdego dnia rano, jeszcze przed wschodem słońca, mnisi wyruszają w pieszą wędrówkę po wiosce. Ponieważ braliśmy czynny udział w życiu klasztornym, wyruszaliśmy w tę wędrówkę wraz z nimi. Nie był to jednak zwyczajny spacer. Szliśmy w ciszy od chaty do chaty, zbierając dary od mieszkańców wioski: gotowany ryż, owoce, warzywa, zupy w woreczkach foliowych, butelki z wodą. Jednym słowem, każdy z mieszkańców dzielił się tym, czym mógł. I tak każdego dnia rano, 365 dni w roku… Mnisi, a także mieszkający u nich sporadycznie świeccy medytujący, jak my, żywią się w ciągu dnia tylko tym, co otrzymają w darze. Doświadczenie nieporównywalne z żadnym innym! Niesamowite jest to, że każdego dnia te same osoby czekają na progu swoich domów z kolejnymi darami dla wędrujących mnichów, a oni, dzień w dzień, przyjmują je z nieustającą wdzięcznością.

Zebry 2

FOT. AP*

Zebry 5

FOT. AP*

Zebry 1

Zebry 4

Zebry 3

Zebry 6

Po ponad godzinnej trasie, dźwigając jedzenie ofiarowane przez mieszkańców wioski przy świetle wschodzącego słońca, wracaliśmy do klasztoru. Z przyniesionych darów przygotowywane było śniadanie, które w pierwszej kolejności konsumują mnisi, później mniszki, których jest zdecydowanie mniej, następnie przebywający w klasztorze świeccy medytujący i na końcu obsługa klasztorna. Wszystko odbywa się w ciszy – wyłączając wstępną modlitwę mnichów odprawianą nad jedzeniem.

A później medytacja i uważny spacer. I obowiązkowo zamiatanie liści wokół świątyni i skromnych domków, zamieszkiwanych przez mnichów. Jest to idealna forma praktyki medytacyjnej, gdyż tutejsze drzewa stale gubią liście, puszczając nowe pędy, więc to samo miejsce można zamiatać kilka razy w ciągu dnia.

Nachodzi mnie kolejna refleksja: czy ja mogłabym tak żyć? Chyba nie. Pobudka o 3:30 na medytację, wędrówka po wiosce i zbieranie darów, śniadanie, medytacja, zamiatanie liści, obiad, uważny spacer, zamiatanie liści, medytacja, sen… Nie chodzi wcale o poranne wstawanie i o to, że dwa posiłki dziennie, to dość mało dla przeciętnego człowieka, lecz o rutynę i powtarzalność zajęć każdego pojedynczego dnia, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok. Z drugiej strony, myślę, że w takich warunkach znacznie łatwiej o wyciszenie i pełną uważność. Zapewne tylko wtedy można się wspiąć na wyżyny wewnętrznego kontaktu ze sobą i światem…

Ponieważ jednak lubię wyzwania i swoje zwyczajne, czasem zbyt szybkie życie, będę dalej, właśnie z nim, łączyć moją osobistą praktykę uważności. Karkołomne? Zdecydowanie! Wartościowe? Bez dwóch zdań!

Klasztor 3

FOT. AP*

Klasztor

FOT. AP*

Mnisi woskowi

FOT. AP*

Sala do medytacji

FOT. AP*

Sniadanie mnichow

FOT. AP*

Uroczystosc

FOT. AP*

Biblioteka

FOT. AP*

Z opatem2

FOT. AP*

* ZDJĘCIA do artykułu zostały wykonane przez uczestników wyprawy do Tajlandii w styczniu 2015.

* Tytuł tekstu – cytat Paul Claudel

 

Lubię(0)Nie lubię(0)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Miejsca i smaki i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Komentarze

Liczba komentarzy: 0

    Dodaj komentarz