GRAŻYNA HASE: KOCHANIE, ALE TERAZ NIE MA JUŻ FABRYK!

hase

Fot. arch. pryw.

Najpierw była modelką. Potem została projektantką. Przygotowywała aż cztery kolekcje rocznie. To właśnie ona odkryła Małgorzatę Niemen.  Jak się robiło modę w czasach PRL-u opowiada Grażyna Hase.

zdjęcie 1

Fot. arch.pryw.

Ewa Wojciechowska: Zanim została pani projektantką mody, pracowała pani jako modelka.

Grażyna Hase: Ach, wtedy to były takie czasy, że nikt nie wiedział kto to jest modelka, bardzo często mówiono modystka. To był oczywiście przypadek. Dostałam kiedyś pocztówkę od mojej koleżanki z pytaniem czy chciałabym wystąpić w roli modelki, bo jej ciocia, pani Zofia Kozicka – prezes Spółdzielczego Laboratorium Odzieżowego, poszukuje młodych dziewcząt do pokazu. Byłam wówczas w liceum, a oni potrzebowali modelki młodzieżowej na pokaz międzynarodowy, który miał się odbyć w Budapeszcie.

E.W.: I to miał być pani pierwszy pokaz?

G.H.: Tak, ale wcześniej miałam próbę na małym warszawskim pokazie z którego, pamiętam do dziś, chciałam uciec.

E.W.: Ale nie zrezygnowała pani z pokazu w Budapeszcie w 1959 roku? Czy to tam połknęła pani modowego bakcyla?

G.H.: To był instynkt estrady, który miała także Małgosia Niemen. Nie czułam się nigdy dobrze w roli aktorki, która musi wyjść na scenę i coś powiedzieć czy zaśpiewać. Wydawałam się sobie strasznie sztuczna w takich sytuacjach. Wiem, bo dostawałam propozycje zagrania w etiudach filmowych czy epizodach. Grałam, ale i odmawiałam. Jednak w momencie, gdy zapalały się reflektory na wybiegu, grała muzyka, a ja miałam na sobie kostium i makijaż, to była zupełnie inna historia, w której się świetnie odnajdywałam.

Na pokazie w Budapeszcie, zorganizowanym w ogrodach, były tylko dwie modelki z Polski: Wanda Christians i ja. Wybieg miał 150 metrów, orkiestra grała na żywo, a ja miałam na sobie sukienkę w stylu baby doll z szeroką halką. Kiedy przechodziłam obok dyrygenta, halka mi spadła…ale wtedy właśnie zdałam egzamin na modelkę! Zgrabnym ruchem wyszłam z halki, odrzuciłam ją dyrygentowi i poszłam dalej. Jako modelka młodzieżowa pracowałam przez kolejne 10 lat.

gh

Fot. arch.pryw.

E.W.: Pracowała pani na kongresach mody. Co to było?

G.H.: Kongresy mody co roku odbywały się w innym kraju. Członkowie delegacji siedzieli i oceniali kolekcje pokazywane przez inne kraje demoludów. (Demokracji Ludowej)

E.W.: Czyli to była taka wymiana towarów?

G.H.: Towarów nie. To była wymiana doświadczeń pracy Instytutów Wzornictwa z poszczególnych  krajów. Uczestniczyłam w kongresach w Budapeszcie, Moskwie i Berlinie.

E.W.: Kiedy pani zainteresowanie modą przerodziło się w chęć bycia projektantką, a nie tylko modelką?

G.H.: Pracowałam też jako modelka dla firmy Cora i z nimi wyjechałam na pokazy do Moskwy. Taka praca przynosiła wtedy niezłe zarobki, więc za honorarium kupiłam kilka rosyjskich czapek.

E.W.: O! Nie wiedziałam, że modelki w latach 60. tak dobrze zarabiały?

G.H.: Bez przesady. Dostawałyśmy diety i jeśli było się w danym kraju dłużej, to wtedy  pieniądze były większe. Moje koleżanki kupowały złotą biżuterię, a ja zainwestowałam w futrzane czapki*. W domu postanowiłam, że muszę sobie uszyć do tego jakiś porządny szynel*. Mój mąż powiedział do mnie: „Może powinnaś uszyć więcej”. Pamiętam, że rysowałam projekty na papierowych serwetkach podczas obiadu w Związku Literatów. Studiowałam wtedy na pierwszym roku architektury wnętrz i wybrałam się z tym zwitkiem serwetek do pana  Józefa Syroki, ówczesnego dyrektora firmy Cora.

E.W.: I co pan dyrektor powiedział?

G.H.: Zapytałam go czy planują coroczną akademię „ku czci”? On zupełnie nie wiedział o co chodzi, a wtedy obchodzono 50.rocznicę rewolucji październikowej. Pan dyrektor był bardzo zdziwiony również tym, że przychodzi do niego ich modelka i pokazuje jakieś rysunki sporządzone na serwetkach. Zaproponowałam mu, żeby zamiast części artystycznej zrobić pokaz mody kolekcji inspirowanej Rosją. Pracowaliśmy dzień i noc w fabrycznej wzorcowni, bo do rocznicy zostały tylko dwa tygodnie.

E.W.: To brzmi jak bajka. Musiał mieć do pani duże zaufanie.

G.H.: To był naprawdę fantastyczny człowiek i manager. Postawił  tę fabrykę na nogi. Gdyby teraz żył….

E.W.: Przygotowała pani wtedy tę kolekcję w dwa tygodnie?

G.H.: Tak, udało się. Najtrudniejsze było dla mnie to, że stanęłam przed najlepszymi fachowcami w branży. Ja, młoda studentka, która wszystkiego się dopiero uczyła. Pamiętam, że musiałam kupić buty i dodatki za własne pieniądze. 7 listopada 1967 roku odbył się mój pierwszy pokaz w warszawskiej Dziekance, na żywo zagrał znany wtedy zespół Polanie. W roli modelek wystąpiły moje koleżanki z Akademii. To była niesamowita przygoda. Koledzy z Akademii, jak się dowiedzieli o pokazie, szykowali szturmówki. Powiedziałam im, słuchajcie jak będzie kiepsko i jak się wysypię, to możecie robić co chcecie, bo i tak mnie ześlą na Sybir, a jak będzie dobrze, to zapraszam na wino. Na szczęście, spodobało się!

E.W.: Jakie były recenzje po pierwszym pokazie?

G.H.: Moje zdjęcie w kostiumie a’la Lenin opublikował angielski Sunday Times z podpisem „Marksizm i leninizm w mini modzie. Pojawiła się nowa polska projektantka – Grażyna Hase”. W Polsce też raczej pozytywnie komentowano kolekcję. Od razu dostałam propozycje kolejnych pokazów, w: Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, który organizowała firma Cora. A zaraz potem warszawskim klubie „Stodoła”. Wkrótce wyjechałam na pokazy do Szwajcarii, do Montreux, gdzie odbywał się Festiwal Filmów Telewizyjnych.

E.W.: W latach 70. miała pani pokazy w Paryżu, Toronto, Berlinie, Wiedniu, Nowym Jorku, Mediolanie, Moskwie. To musiało budzić zazdrość?

G.H.: To były dla mnie złote lata. Zawsze miałam naturę outsidera. Pamiętam, kiedy dziennikarze zaczęli pisać: Grażyna Hase zaprojektowała kolekcję dla Cory. Rozpętała się afera, bo zdaniem ludzi z branży powinno być: Kolekcja Cory zaprojektowana przez Grażynę Hase. Moje nazwisko miało być jako drugie. Dużo przykrości mnie spotkało, ale więcej rzeczy dobrych. Zawsze starałam się wyrzucać z pamięci te złe, ale było kilka takich, które utkwiły mi na dłużej. Kiedyś wyszłam późnym wieczorem z fabryki Cory na Grochowie i przechodząc obok koszy na śmieci, zauważyłam wyrzucony plik zaproszeń na mój najnowszy pokaz. Nie mogłam uwierzyć, że ktoś zrobił to celowo. Szybko się otrząsnęłam, wyciągnęłam je, pojechałam na pocztę i wysłałam za własne pieniądze.

E.W.: Długo pani wytrzymała w takiej ciężkiej atmosferze?

G.H.: Nie za długo, kilka lat.

E.W.: Co jeszcze utrudniało pani pracę?

G.H.: Proszę pani, to były inne czasy. Wówczas istniała specjalna procedura dopuszczania rzeczy do produkcji. Nasze kolekcje były oceniane przez dwie komisje: techniczną i artystyczną. Do technicznej mieliśmy duży szacunek, bo składali się na nią konstruktorzy znający się na technologiach produkcji i kroju. Oceniali stroje również pod kątem ekonomicznym: jak dany wzór będzie kosztowny i czasochłonny w wykonaniu.  Natomiast komisja artystyczna to byli koledzy i koleżanki ze Związku Artystów Plastyków, malarze, rzeźbiarze. Ich ocena wyglądała następująco: wychodziła modelka, panie się przyglądały i mówiły: tu bym wyrzuciła tę kieszonkę, tu bym troszkę wydłużyła… Niestety moje koleżanki projektantki z Cory z pokorą przyjmowały te uwagi i zmieniały swoje kolekcje. Ja się zawsze stawiałam i mówiłam: Proszę albo przyjąć projekt i go wycenić, albo odrzucić. Bo od tego zależała również nasza stawka.

E.W.: I co? Akceptowali pani projekty?

G.H.: Raczej tak. Chyba dwa razy się zdarzyło, że coś odrzucono. Albo oni już wiedzieli, że ja tak łatwo się nie poddaję.

E.W.: Wiem, że to pani odkryła Małgorzatę Niemen. Jak do tego doszło?

G.H.: To było w 1973 roku. Zobaczyłam ją w wytwórni filmowej na Chełmskiej. Stała w barze w kolejce po herbatę. Nikt nie zwracał na nią uwagi: chudzinka taka w mini spódniczce i w haftowanym podkoszulku, z warkoczykami. Dziecko. Poprosiłam znajomego, żeby do niej podszedł  i nas przedstawił. Zapytałam ją: Czy chciałaby pani zostać modelką? Na co Małgosia odpowiedziała: A za ile?

E.W.: Naprawdę?

G.H.: Tak, tak powiedziała Małgosia, która nigdy nie była materialistką. Tak jej się wymknęło. Była wtedy zatrudniona na czas wakacji w charakterze asystentki Beaty Tyszkiewicz na planie serialu o Balzaku [„Wielka miłość Balzaka”]. Dałam jej moją wizytówkę, przyszła do mnie i zaraz pojechała na pokaz do Toronto. Wkrótce pojawiła się też po raz pierwszy na okładce żurnalu „Moda”.

E.W.: Jak pani sobie poradziła później jako samodzielna projektantka, bez całego zaplecza produkcyjnego firmy Cora?

G.H.: Potem zostałam dyrektorem artystycznym spółdzielni odzieżowej „Moda i Styl”. Byłam projektantką, która robiła kolekcje na zamówienie dla różnych firm. Projektowałam, np. kożuchy dla Cepelii. Nigdy jednak nie zostawiałam moich projektów bez nadzoru autorskiego, bo nie wystarczy narysować i oddać projekt konstruktorom i krawcom, trzeba dopilnować każdego szczegółu wykonania, żeby można było efekt końcowy podpisać własnym nazwiskiem.

E.W.: Czy to prawda, że projektowała pani aż cztery kolekcje rocznie?

G.H.: Tak, kiedyś tak się robiło: wiosenną, letnią, jesienną i zimową. Pracując tak intensywnie przez wiele lat, przechodziło się z jednego sezonu w następny, właściwie automatycznie. Obowiązywały też pewne tendencje: w tym sezonie obowiązują kolory – żółty, czerwony, zielony, ramiona szerokie, talia wąska i trzeba było się tego trzymać. W dobrych czasach, kiedy ekipa Mody Polskiej z Jadwigą Grabowską na czele jeździła na pokazy do Paryża, przywozili stamtąd kupon materiału, buty, pasek i po powrocie organizowali w Pałacu Kultury pokaz najnowszych tendencji.

E.W.: Chodziła pani na te pokazy? Czy były dla pani źródłem inspiracji?

G.H.: Pewnie, że chodziłam. Wszyscy się tam spotykaliśmy, cała branża. Ale oprócz tego zawsze starałam się własnymi drogami dowiedzieć co będzie modne w danym sezonie.

E.W.: W latach 80.stworzyła pani własną, autorską galerię na Marszałkowskiej, istniejącą do dzisiaj. Co się w niej działo?

G.H.: To było takie swoiste miejsce spotkań towarzyskich, otwarte od rana do nocy. Poza modą, zajmowałam się też organizacją wystaw prac zaprzyjaźnionych artystów, m.in.: Franciszka Starowieyskiego, Andrzeja Mleczki, Andrzeja Czeczota. Dziś spotykają się tu moje klientki tworzące nieformalny, ale bar­dzo silny klub wielbicielek mody.

E.W.: Teraz zaczęła pani projektować także torebki?

G.H.: Tak i jestem z tego bardzo zadowolona. (Pani Grażyna pokazuje mi małe, wieczorowe torebeczki ze strusia, które mają swoją specjalną ekspozycję w gablocie). Są piękne, ale dość kosztowne, bo materiały są niestety drogie.

E.W.: Pani Grażyno, ale czy nie jest pani żal, że nie projektuje już pani kolekcji mody? Czy nie tęskni pani za tamtymi czasami?

G.H.: (dłuższe milczenie) Oczywiście, że tęsknię za tamtymi czasami. Tęsknię za prawdziwą możliwością tworzenia.

E.W.: Przeczytałam w jednym z wywiadów, że wstawała pani o 6.rano i jechała do fabryki nadzorować wykonanie kolekcji? Teraz też pani tak wcześnie jest na nogach?

G.H.: Kochanie, ale teraz nie ma już fabryk!

 

Wywiad przeprowadzony w atelier pani Grażyny Hase w 2010 roku.

* Futrzane czapki – oryginalne rosyjskie czapki: czapka komisarza rewolucyjnego, wielka papacha kozacka z karakułów, czapka Budionnego.

* Szynel – męski wełniany płaszcz dopasowany do figury, najczęściej ozdobiony patkami, noszony przez rosyjskich wojskowych, a także przez niektórych urzędników państwowych i uczniów w carskiej Rosji w XIX i na początku XX w.

hase2

Fot. Artur Radecki

zdjęcie

Fot. EW

Tu znajdziecie krótką relację ze spotkania z panią Grażyną Hase podczas Art&Fashion w Poznaniu.

 

 

Lubię(0)Nie lubię(0)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Retro i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Komentarze

Liczba komentarzy: 0

    Dodaj komentarz