GRAŻYNA HASE: KOCHANIE, ALE TERAZ NIE MA JUŻ FABRYK!

Pinterest
Grażyna Hase jako modelka w latach 60. hase

Fot. arch. pryw.

Najpierw była modelką. Potem została projektantką. Przygotowywała aż cztery kolekcje rocznie. To właśnie ona odkryła Małgorzatę Niemen.  Jak się robiło modę w czasach PRL-u opowiada Grażyna Hase.

Pierwsza sesja zdjęciowa pani Grażyny na okładkę "Przekroju" zdjęcie 1

Fot. arch.pryw.

Ewa Wojciechowska: Zanim została pani projektantką mody, pracowała pani jako modelka.

Grażyna Hase: Ach, wtedy to były takie czasy, że nikt nie wiedział kto to jest modelka, bardzo często mówiono modystka. To był oczywiście przypadek. Dostałam kiedyś pocztówkę od mojej koleżanki z pytaniem czy chciałabym wystąpić w roli modelki, bo jej ciocia, pani Zofia Kozicka – prezes Spółdzielczego Laboratorium Odzieżowego, poszukuje młodych dziewcząt do pokazu. Byłam wówczas w liceum, a oni potrzebowali modelki młodzieżowej na pokaz międzynarodowy, który miał się odbyć w Budapeszcie.

E.W.: I to miał być pani pierwszy pokaz?

G.H.: Tak, ale wcześniej miałam próbę na małym warszawskim pokazie z którego, pamiętam do dziś, chciałam uciec.

E.W.: Ale nie zrezygnowała pani z pokazu w Budapeszcie w 1959 roku? Czy to tam połknęła pani modowego bakcyla?

G.H.: To był instynkt estrady, który miała także Małgosia Niemen. Nie czułam się nigdy dobrze w roli aktorki, która musi wyjść na scenę i coś powiedzieć czy zaśpiewać. Wydawałam się sobie strasznie sztuczna w takich sytuacjach. Wiem, bo dostawałam propozycje zagrania w etiudach filmowych czy epizodach. Grałam, ale i odmawiałam. Jednak w momencie, gdy zapalały się reflektory na wybiegu, grała muzyka, a ja miałam na sobie kostium i makijaż, to była zupełnie inna historia, w której się świetnie odnajdywałam.

Na pokazie w Budapeszcie, zorganizowanym w ogrodach, były tylko dwie modelki z Polski: Wanda Christians i ja. Wybieg miał 150 metrów, orkiestra grała na żywo, a ja miałam na sobie sukienkę w stylu baby doll z szeroką halką. Kiedy przechodziłam obok dyrygenta, halka mi spadła…ale wtedy właśnie zdałam egzamin na modelkę! Zgrabnym ruchem wyszłam z halki, odrzuciłam ją dyrygentowi i poszłam dalej. Jako modelka młodzieżowa pracowałam przez kolejne 10 lat.

Grażyna Hase jako modelka gh

Fot. arch.pryw.

E.W.: Pracowała pani na kongresach mody. Co to było?

G.H.: Kongresy mody co roku odbywały się w innym kraju. Członkowie delegacji siedzieli i oceniali kolekcje pokazywane przez inne kraje demoludów. (Demokracji Ludowej)

E.W.: Czyli to była taka wymiana towarów?

G.H.: Towarów nie. To była wymiana doświadczeń pracy Instytutów Wzornictwa z poszczególnych  krajów. Uczestniczyłam w kongresach w Budapeszcie, Moskwie i Berlinie.

E.W.: Kiedy pani zainteresowanie modą przerodziło się w chęć bycia projektantką, a nie tylko modelką?

G.H.: Pracowałam też jako modelka dla firmy Cora i z nimi wyjechałam na pokazy do Moskwy. Taka praca przynosiła wtedy niezłe zarobki, więc za honorarium kupiłam kilka rosyjskich czapek.

E.W.: O! Nie wiedziałam, że modelki w latach 60. tak dobrze zarabiały?

G.H.: Bez przesady. Dostawałyśmy diety i jeśli było się w danym kraju dłużej, to wtedy  pieniądze były większe. Moje koleżanki kupowały złotą biżuterię, a ja zainwestowałam w futrzane czapki*. W domu postanowiłam, że muszę sobie uszyć do tego jakiś porządny szynel*. Mój mąż powiedział do mnie: „Może powinnaś uszyć więcej”. Pamiętam, że rysowałam projekty na papierowych serwetkach podczas obiadu w Związku Literatów. Studiowałam wtedy na pierwszym roku architektury wnętrz i wybrałam się z tym zwitkiem serwetek do pana  Józefa Syroki, ówczesnego dyrektora firmy Cora.

E.W.: I co pan dyrektor powiedział?

G.H.: Zapytałam go czy planują coroczną akademię „ku czci”? On zupełnie nie wiedział o co chodzi, a wtedy obchodzono 50.rocznicę rewolucji październikowej. Pan dyrektor był bardzo zdziwiony również tym, że przychodzi do niego ich modelka i pokazuje jakieś rysunki sporządzone na serwetkach. Zaproponowałam mu, żeby zamiast części artystycznej zrobić pokaz mody kolekcji inspirowanej Rosją. Pracowaliśmy dzień i noc w fabrycznej wzorcowni, bo do rocznicy zostały tylko dwa tygodnie.

E.W.: To brzmi jak bajka. Musiał mieć do pani duże zaufanie.

G.H.: To był naprawdę fantastyczny człowiek i manager. Postawił  tę fabrykę na nogi. Gdyby teraz żył….

E.W.: Przygotowała pani wtedy tę kolekcję w dwa tygodnie?

G.H.: Tak, udało się. Najtrudniejsze było dla mnie to, że stanęłam przed najlepszymi fachowcami w branży. Ja, młoda studentka, która wszystkiego się dopiero uczyła. Pamiętam, że musiałam kupić buty i dodatki za własne pieniądze. 7 listopada 1967 roku odbył się mój pierwszy pokaz w warszawskiej Dziekance, na żywo zagrał znany wtedy zespół Polanie. W roli modelek wystąpiły moje koleżanki z Akademii. To była niesamowita przygoda. Koledzy z Akademii, jak się dowiedzieli o pokazie, szykowali szturmówki. Powiedziałam im, słuchajcie jak będzie kiepsko i jak się wysypię, to możecie robić co chcecie, bo i tak mnie ześlą na Sybir, a jak będzie dobrze, to zapraszam na wino. Na szczęście, spodobało się!

E.W.: Jakie były recenzje po pierwszym pokazie?

G.H.: Moje zdjęcie w kostiumie a’la Lenin opublikował angielski Sunday Times z podpisem „Marksizm i leninizm w mini modzie. Pojawiła się nowa polska projektantka – Grażyna Hase”. W Polsce też raczej pozytywnie komentowano kolekcję. Od razu dostałam propozycje kolejnych pokazów, w: Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, który organizowała firma Cora. A zaraz potem warszawskim klubie „Stodoła”. Wkrótce wyjechałam na pokazy do Szwajcarii, do Montreux, gdzie odbywał się Festiwal Filmów Telewizyjnych.

E.W.: W latach 70. miała pani pokazy w Paryżu, Toronto, Berlinie, Wiedniu, Nowym Jorku, Mediolanie, Moskwie. To musiało budzić zazdrość?

G.H.: To były dla mnie złote lata. Zawsze miałam naturę outsidera. Pamiętam, kiedy dziennikarze zaczęli pisać: Grażyna Hase zaprojektowała kolekcję dla Cory. Rozpętała się afera, bo zdaniem ludzi z branży powinno być: Kolekcja Cory zaprojektowana przez Grażynę Hase. Moje nazwisko miało być jako drugie. Dużo przykrości mnie spotkało, ale więcej rzeczy dobrych. Zawsze starałam się wyrzucać z pamięci te złe, ale było kilka takich, które utkwiły mi na dłużej. Kiedyś wyszłam późnym wieczorem z fabryki Cory na Grochowie i przechodząc obok koszy na śmieci, zauważyłam wyrzucony plik zaproszeń na mój najnowszy pokaz. Nie mogłam uwierzyć, że ktoś zrobił to celowo. Szybko się otrząsnęłam, wyciągnęłam je, pojechałam na pocztę i wysłałam za własne pieniądze.

E.W.: Długo pani wytrzymała w takiej ciężkiej atmosferze?

G.H.: Nie za długo, kilka lat.

E.W.: Co jeszcze utrudniało pani pracę?

G.H.: Proszę pani, to były inne czasy. Wówczas istniała specjalna procedura dopuszczania rzeczy do produkcji. Nasze kolekcje były oceniane przez dwie komisje: techniczną i artystyczną. Do technicznej mieliśmy duży szacunek, bo składali się na nią konstruktorzy znający się na technologiach produkcji i kroju. Oceniali stroje również pod kątem ekonomicznym: jak dany wzór będzie kosztowny i czasochłonny w wykonaniu.  Natomiast komisja artystyczna to byli koledzy i koleżanki ze Związku Artystów Plastyków, malarze, rzeźbiarze. Ich ocena wyglądała następująco: wychodziła modelka, panie się przyglądały i mówiły: tu bym wyrzuciła tę kieszonkę, tu bym troszkę wydłużyła… Niestety moje koleżanki projektantki z Cory z pokorą przyjmowały te uwagi i zmieniały swoje kolekcje. Ja się zawsze stawiałam i mówiłam: Proszę albo przyjąć projekt i go wycenić, albo odrzucić. Bo od tego zależała również nasza stawka.

E.W.: I co? Akceptowali pani projekty?

G.H.: Raczej tak. Chyba dwa razy się zdarzyło, że coś odrzucono. Albo oni już wiedzieli, że ja tak łatwo się nie poddaję.

E.W.: Wiem, że to pani odkryła Małgorzatę Niemen. Jak do tego doszło?

G.H.: To było w 1973 roku. Zobaczyłam ją w wytwórni filmowej na Chełmskiej. Stała w barze w kolejce po herbatę. Nikt nie zwracał na nią uwagi: chudzinka taka w mini spódniczce i w haftowanym podkoszulku, z warkoczykami. Dziecko. Poprosiłam znajomego, żeby do niej podszedł  i nas przedstawił. Zapytałam ją: Czy chciałaby pani zostać modelką? Na co Małgosia odpowiedziała: A za ile?

E.W.: Naprawdę?

G.H.: Tak, tak powiedziała Małgosia, która nigdy nie była materialistką. Tak jej się wymknęło. Była wtedy zatrudniona na czas wakacji w charakterze asystentki Beaty Tyszkiewicz na planie serialu o Balzaku [„Wielka miłość Balzaka”]. Dałam jej moją wizytówkę, przyszła do mnie i zaraz pojechała na pokaz do Toronto. Wkrótce pojawiła się też po raz pierwszy na okładce żurnalu „Moda”.

E.W.: Jak pani sobie poradziła później jako samodzielna projektantka, bez całego zaplecza produkcyjnego firmy Cora?

G.H.: Potem zostałam dyrektorem artystycznym spółdzielni odzieżowej „Moda i Styl”. Byłam projektantką, która robiła kolekcje na zamówienie dla różnych firm. Projektowałam, np. kożuchy dla Cepelii. Nigdy jednak nie zostawiałam moich projektów bez nadzoru autorskiego, bo nie wystarczy narysować i oddać projekt konstruktorom i krawcom, trzeba dopilnować każdego szczegółu wykonania, żeby można było efekt końcowy podpisać własnym nazwiskiem.

E.W.: Czy to prawda, że projektowała pani aż cztery kolekcje rocznie?

G.H.: Tak, kiedyś tak się robiło: wiosenną, letnią, jesienną i zimową. Pracując tak intensywnie przez wiele lat, przechodziło się z jednego sezonu w następny, właściwie automatycznie. Obowiązywały też pewne tendencje: w tym sezonie obowiązują kolory – żółty, czerwony, zielony, ramiona szerokie, talia wąska i trzeba było się tego trzymać. W dobrych czasach, kiedy ekipa Mody Polskiej z Jadwigą Grabowską na czele jeździła na pokazy do Paryża, przywozili stamtąd kupon materiału, buty, pasek i po powrocie organizowali w Pałacu Kultury pokaz najnowszych tendencji.

E.W.: Chodziła pani na te pokazy? Czy były dla pani źródłem inspiracji?

G.H.: Pewnie, że chodziłam. Wszyscy się tam spotykaliśmy, cała branża. Ale oprócz tego zawsze starałam się własnymi drogami dowiedzieć co będzie modne w danym sezonie.

E.W.: W latach 80.stworzyła pani własną, autorską galerię na Marszałkowskiej, istniejącą do dzisiaj. Co się w niej działo?

G.H.: To było takie swoiste miejsce spotkań towarzyskich, otwarte od rana do nocy. Poza modą, zajmowałam się też organizacją wystaw prac zaprzyjaźnionych artystów, m.in.: Franciszka Starowieyskiego, Andrzeja Mleczki, Andrzeja Czeczota. Dziś spotykają się tu moje klientki tworzące nieformalny, ale bar­dzo silny klub wielbicielek mody.

E.W.: Teraz zaczęła pani projektować także torebki?

G.H.: Tak i jestem z tego bardzo zadowolona. (Pani Grażyna pokazuje mi małe, wieczorowe torebeczki ze strusia, które mają swoją specjalną ekspozycję w gablocie). Są piękne, ale dość kosztowne, bo materiały są niestety drogie.

E.W.: Pani Grażyno, ale czy nie jest pani żal, że nie projektuje już pani kolekcji mody? Czy nie tęskni pani za tamtymi czasami?

G.H.: (dłuższe milczenie) Oczywiście, że tęsknię za tamtymi czasami. Tęsknię za prawdziwą możliwością tworzenia.

E.W.: Przeczytałam w jednym z wywiadów, że wstawała pani o 6.rano i jechała do fabryki nadzorować wykonanie kolekcji? Teraz też pani tak wcześnie jest na nogach?

G.H.: Kochanie, ale teraz nie ma już fabryk!

 

Wywiad przeprowadzony w atelier pani Grażyny Hase w 2010 roku.

* Futrzane czapki – oryginalne rosyjskie czapki: czapka komisarza rewolucyjnego, wielka papacha kozacka z karakułów, czapka Budionnego.

* Szynel – męski wełniany płaszcz dopasowany do figury, najczęściej ozdobiony patkami, noszony przez rosyjskich wojskowych, a także przez niektórych urzędników państwowych i uczniów w carskiej Rosji w XIX i na początku XX w.

Grażyna Hase z modelkami na Fashionable East-Białystok Fashion Week, sierpień 2012 hase2

Fot. Artur Radecki

Zdjęcie "z ręki" z panią Grażyną Hase podczas Art&Fashion w Poznaniu, październik, 2013 zdjęcie

Fot. EW

Tu znajdziecie krótką relację ze spotkania z panią Grażyną Hase podczas Art&Fashion w Poznaniu.

 

 

Lubię(0)Nie lubię(0)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Retro i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Komentarze

Liczba komentarzy: 0

    Dodaj komentarz