ZAŚPIEWAŁAM SWOJE I POSZŁAM

jurksz

Dokładnie dzisiaj, 12.czerwca startuje 52.edycja Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. I dokładnie tam, 30 lat temu, w 1985 roku zadebiutowała Anna Jurksztowicz. Jej piosenkę „Diamentowy kolczyk” nuciła wtedy cała Polska, a dziewczyny chciały wyglądać tak jak ona. Skąd brało się ciuchy, kiedy w sklepach nie było nic, kto stylizował do sesji zdjęciowej, kiedy nie było stylistów, jak promowano piosenki, kiedy nie było internetu? O tym wszystkim i jeszcze więcej porozmawiałyśmy z Anią z okazji dwóch okrągłych rocznic.

E.W. Aniu, w tym roku świętujesz swoje 40-lecie! Powspominajmy trochę z tej okazji. Jak wyglądał biznes muzyczny w Polsce w 1975 roku?

A.J. Śpiewam znacznie dłużej niż żyję. Podobno swoje życie zaczęłam od refrenu (śmiech). W 1975 roku miałam 12 lat i śpiewałam w zespole muzyki dawnej. To było wspaniałe środowisko muzyczne, wpływające na rozwój osobisty młodej osóbki, jaką wtedy byłam. Natomiast, tak naprawdę zadebiutowałam w polskim show-biznesie (o ile takowy jest) w roku 1980. Miałam wtedy 16 lat, założyliśmy zespół z chórzystami Politechniki Szczecińskiej, który nazywał się Music Market! Nasz pierwszy występ jako chórek Maryli Rodowicz odbył się od razu przed wielką publicznością, w Spodku w Katowicach. A później, przez to koncertowanie z Marylą, szybko zauważył nas Zbyszek Górny i zaprosił do koncertów z orkiestrą. Zostaliśmy wiec chórzystami wielu gwiazd, a jednocześnie wykonywaliśmy swój własny repertuar solowy. Wówczas takie składanki były bardzo modne. Grało się tego mnóstwo, po 30 koncertów miesięcznie!

E.W. 30 koncertów miesięcznie w całej Polsce?

A.J. Tak! Wyjeżdżało się w trasę, która trwała dwa tygodnie. Jeździliśmy całą grupą, dużym autobusem i to nas wszystkich bardzo zbliżyło. Orkiestra Zbigniewa Górnego, chór czyli my, no i wybrani soliści. Wtedy to była Dzidka Sośnicka, Ula Sipińska, Zbyszek Wodecki, Andrzej Zaucha.

E.W. Ale Ty byłaś wtedy w liceum..? Jak udawało ci się pogodzić ze szkołą te 30 koncertów miesięcznie?

A.J. Oj, ciężko było. Nauczyciele kpili sobie: „No ciekawe jak ona będzie śpiewała na egzaminach?”

E.W. Kiedy z tego chóru przeszłaś do „pierwszego rzędu”?

A.J. Tak się złożyło, że w międzyczasie graliśmy też recitale w różnych miastach. No i m.in. w Szczecinie na Zamku Książąt Pomorskich pewnego dnia mieliśmy recital, na który zaprosiłam Zbyszka Górnego i Krzesimira Dębskiego.

E.W. Krzesimira już wtedy znałaś?

A.J. Poznałam go dopiero wtedy. On, świeżo po studiach grał w orkiestrze na trzecim klawiszu. Oni wszyscy pracowali na etatach, bo to była państwowa orkiestra Radio-Komitetu. My niestety etatów nie mieliśmy, ale pracowaliśmy tyle samo.

E.W. A ty obserwowałaś wtedy z bliska Sośnicką i Sipińską i już wiedziałaś, że w przyszłości też chcesz śpiewać?

A.J. Nie, wiesz, że wcale o tym nie marzyłam. One były, (nie lubię tego słowa), ale były diwami, a ja miałam na siebie zupełnie inne pomysły. Muzycznie zdecydowanie bardziej ciągnęło mnie do R&B czy gospel, który śpiewaliśmy w chórze. Zresztą przez te gospelsy, (jak je nazywaliśmy), mieliśmy parę komicznych sytuacji. To były czasy, że się jeździło na tzw. imprezy sterowane odgórnie. Kiedyś wylądowaliśmy na Festiwalu Piosenki Politycznej w Jurmali na Łotwie. Bo tak nas wysłano z Wydziału Kultury, ale nikt nie sprawdzał, co śpiewamy. Pojechaliśmy i zaśpiewaliśmy: „Jesus, Jesus!”…. na tym politycznym festiwalu. To były takie absurdy PRL-u.

E.W. Ile miałaś wtedy lat jak pierwszy raz wystąpiłaś solo?

A.J. Miałam 22 lata, w 1985 roku i było to na Festiwalu w Opolu. Ale jeszcze wcześniej pojechałam w trasę do Związku Radzieckiego, co mi dało ogromne obycie sceniczne. Występowałam tam jako support przed zespołem Vox. Oni byli tam mega popularni. To były prawdziwe gwiazdy w białych garniturach. Milicja musiała ich eskortować, bo tam się działo absolutne szaleństwo na ich punkcie, zwłaszcza w tych republikach, gdzie było dużo Polaków. Koncerty z Vox, to była dla mnie świetna szkoła. A potem, kiedy wystąpiłam na Festiwalu w Opolu, byłam trochę taka nieobecna, jak to mówi Doda: byłam wyautowana. Byłam szczęśliwa, że śpiewam, ale zupełnie nie interesowałam się tą całą otoczką, tym show-biznesem. Wszyscy się bawili razem po koncertach, a ja mieszkałam w jakimś akademiku, gdzieś na odludziu i tam czytałam książki, zamiast imprezować. Czytanie książek odmładza, więc uprawiam ten zabieg do dziś (śmiech).

E.W. Podczas festiwalu, który wygrałaś mieszkałaś gdzieś na odludziu, w akademiku?

A.J. Tak. Po prostu przyszłam grzecznie na próbę, potem na koncert, a potem wróciłam do akademika. Niczego się nie spodziewałam po tym występie. A oni mnie szukali, dzwonili do akademika, portier mnie szukał po pokojach, bo się okazało, że wygrałam! A ja po prostu zaśpiewałam swoje i poszłam. Żyłam w swoim świecie.

1985

Fot. Arch.pryw.

E.W. I co się potem wydarzyło, po tej wygranej? Powinna spłynąć lawina propozycji.

A.J. Tak było. Zostałam dyżurną wokalistką, która jeździła po całym świecie na festiwale do tzw. krajów KDL, czyli jak to się mówiło w Pagarcie, Kraje Demokracji Ludowej i nie tylko. Udało mi się też podróżować za szerokie wody, m.in. reprezentowałam Polskę na Festiwalu w Curacao (Antyle Holenderskie). To było bardzo ciekawe muzycznie, bo tam się zderzyły światy latynoamerykański, amerykański no i z Europy Wschodniej. Pamiętam, że była tam również taka czeska piosenkarka Petra Janu. Ona nie znała angielskiego, więc cały czas trzymała się mnie, byłam jej tłumaczką. I byłyśmy takimi dwiema kompletnie dziwnymi osobami z komunizmu. Wtedy także, w 1988 roku, po raz pierwszy w wolnej telewizji CNN zobaczyłam Janusza Onyszkiewicza, który mówił o tym, że Polska dąży do niepodległości. I pomyślałam sobie, że to jakiś wariat. Do jakiej niepodległości? Przecież to jest w ogóle niemożliwe za naszego życia. Takie było wtedy nasze przeświadczenie.

E.W. Dokładnie w tym samym 1988 roku, ukazała się twoja pierwsza płyta?

A.J. Tak, zaczęłam ją nagrywać w 1987 i wyszła w 1988. I teraz właśnie muszę Ci powiedzieć, że to jest płyta, na której prawie każdy, kto wziął w niej udział, jest dziś legendą. Począwszy od okładki, którą zrobił Andrzej Pągowski. Stylizowała mnie Lidka Popiel, fotografowali Czudowski &Weinberg. Potem grał na gitarze Marek Bliziński, Krzysiek Ścierański, Krzysiek Przybyłowicz. Muzykę skomponował Krzesimir Dębski a teksty pisał dla mnie Jacek Cygan. Rafał Paczkowski – wybitny realizator dźwięku to realizował. Wszyscy są dziś już legendarnymi artystami. A wtedy gdy się spotkaliśmy, każdy z nas był początkującym „nobody”.

1 (6)1 (7)

E.W. Pierwsza płyta to był 1988 rok, a twoja ostatnia płyta wyszła w 2014. Jakbyś porównała nagrywanie w 1988 i dzisiaj. Co się zmieniło?

A.J. No oczywiście mieliśmy inne narzędzia.

E.W. Ale może nic się nie zmieniło poza narzędziami?

A.J. Tak naprawdę to niewiele się zmieniło. Proces twórczy trwa tak samo długo, tzn. wybieranie materiału, tworzenie go. Potem ostra selekcja i kolejne wybory.

E.W. Ok, ale na pewno się zmieniły działania promocyjne. Wtedy chyba ich nie było, a płyty sprzedawały się genialnie same.

A.J. Płyty się sprzedawały genialnie, ale różnica była też taka, że w mediach pracowali wtedy dziennikarze, krytycy muzyczni z prawdziwego zdarzenia, ludzie, którzy naprawdę dobrze się znali na muzyce. Bo dzisiaj, często nikt się na tym nie zna. W zasadzie spotykam się z takim podejściem, że większość nie wie, co jest naprawdę dobre. Nie mają pojęcia. Zachowują się jak takie stado – jak jeden coś tam bąknie, to reszta powtarza za nim to samo.

E.W. Ale często jest to też taka papka muzyczna. Czasami wszystko jest nagrywane przez komputer. Wokalista już nawet nie jest potrzebny.

A.J. Muszę ci coś zdradzić. Moją nową płytę wydało Polskie Radio. Oczywiście, byłam na rozmowach w innych wydawnictwach, ale nikt nie znalazł w moim materiale potencjału. Potem wysłano próbki nagrań do różnych dziennikarzy muzycznych i nie było też żadnej recenzji, ani dobrej ani złej. Recenzje płyną za to od fanów. W dzisiejszych czasach fani mają możliwość bycia aktywnymi. Wszędzie mogą napisać, co myślą. Dzięki temu ktoś o tym pisze, bo dziennikarze w ogóle nie piszą. Nie wiem czy nie wiedzą jak?

E.W. A wtedy bez internetu i tak było 100 razy albo 1000 razy lepsze dotarcie do fanów. A jak się wtedy promowało płytę? W tych dwóch programach telewizyjnych?

A.J. Kręciło się teledyski, tzw. music video. Była też taka instytucja jak recital telewizyjny. To nie był koncert, ale zlepek różnych teledysków, które robiło się specjalnie po to.

E.W. Pamiętam, to było fajne! Jak jeszcze się promowało?

A.J. Oczywiście wywiady w gazetach, tygodnikach typu Radar, Weto. Pamiętam doskonale bo nawet Jacek Cygan napisał o tym piosenkę.

E.W. Ale jednak w latach 80-90-tych najważniejszą instytucją było radio. To radio was promowało.

A.J. O tak, zdecydowanie! Marek Niedźwiecki zaczynał swoją Listę Przebojów. A ja także zadebiutowałam w Trójce u redaktora Jana Borkowskiego, który prowadził program promujący młodych muzyków. Wówczas to było wpisane w obowiązki takiej instytucji. No i Pan Jan Borkowski poprosił znanych już wtedy kompozytorów, m.in. Krzesimira, żeby zrealizował materiał z młodymi wokalistkami, zwłaszcza z tymi, które studiowały w Katowickiej Szkole na Wydziale Jazzu, m.in. Lora Szafran, Majka Jeżowska, Asia Zagdańska, Iza Zając. No i wszystkie nagrywałyśmy dla Programu Trzeciego nasze pierwsze sesje. Ja nagrałam właśnie pierwszą wersję Diamentowego Kolczyka.

1 (5)

Fot. Czudowski & Weinberg

E.W. A i były jeszcze festiwale muzyczne z prawdziwego zdarzenia!

A.J. Tak. Obowiązkowo jeździło się na festiwale muzyczne, na których w jury zasiadali wyłącznie zawodowcy- czyli ludzie, którzy sami stykają się z problemem czystej kartki, którą trzeba zapełnić jakąś twórczością intelektualną, osoby, które wiedzą na czym polega proces twórczy. Wtedy moje piosenki w tym rankingu zawodowców zawsze były bardzo wysoko.

E.W. Ale wiesz, mam też takie wrażenie, że kiedy artysta wygrywał festiwal w Sopocie czy w Opolu, to z dnia na dzień stawał się gwiazdą, a jego piosenka była wszędzie. A teraz jak ktoś wygra, to nawet jego nazwiska się czasem nie kojarzy.

A.J. Jak to mawia Wiktor Zborowski: No gwiazda, nie znasz.

E.W. Dlaczego to tak jest?

A.J. Bo żyjemy w totalnym nadmiarze wszystkiego. Media są dziś komercyjne, a więc reprezentują interes prywatny, niekoniecznie spójny z naszym.

E.W. A może za słaba ta muzyka?

A.J. Każdy chce śpiewać i media komercyjne na początku pomagają, ale mam wrażenie, że tylko po to, by wyłapać z rynku najzdolniejsze osoby, aby je …zablokować. Kontrakty proponowane młodym wykonawcom, uczestnikom telewizyjnych programów muzycznych są bardzo dla nich niekorzystne, w rezultacie nawet jak ktoś wygra, szybko znika ze sceny, a publiczność wtedy wybiera zagranicznych wykonawców, czyli wspieramy nie nasz własny szołbiznes, tylko interes wielkich koncernów. Wielkie koncerny w ogóle polskim katalogiem zainteresowane nie są, to już dawno wiemy. Polska i twórczość w naszym języku jest dla nich zbyt małym rynkiem. Dlatego też sami śpiewamy po angielsku, bo ciągle w nas jest nadzieja na międzynarodowy sukces. Polska piosenka przeżywa ponadto kryzys artystyczny, gdyż każdy artysta próbuje swych sił jako wokalista, jednocześnie sam jest autorem tekstu i muzyki, sam producentem, a tylko nieliczni mają talent do wszystkiego. Ich propozycja przeważnie się rozpływa, bo przekaz jest kiepski. W moich czasach też sama pisałam teksty, ale do szuflady. Dopiero teraz, jak jestem dojrzałą osobą, mam odwagę publikować, a wcześniej zwyczajnie się wstydziłam. Ponieważ kiedy pisali: Agnieszka Osiecka, Jonasz Kofta, Wojciech Młynarski czy Jacek Cygan, to jak ja miałam się odważyć zaśpiewać swoje teksty obok takich tuzów? Poziom był naprawdę wysoki. To naprawdę robiło wrażenie na ludziach. To zostawało.

E.W. Czyli tekst?

A.J. Oczywiście, muzyka też. Nie wiadomo, co ważniejsze? Chyba przeżyjemy życie i nie uzgodnimy co ważniejsze, tekst czy muzyka?

E.W. Opowiadałaś mi też kiedyś, ile niesamowitych osób poznałaś przy okazji twojej pracy zawodowej, np. żonę pana Henryka Warsa?

A.J. Tak! Niestety, pana Henryka Warsa nie zdążyłam już poznać, bo on zmarł w 1977 roku. A z jego żoną Elżbietą poznałyśmy się w momencie, kiedy założyłam moją własną firmę publishingową. (Publishing to obrót prawami autorskimi do piosenek, utworów muzycznych. Prawa do tych utworów podlegają obrotowi jak towary. I w związku z tym, trzeba tym zarządzać.) Chciałam kiedyś wykorzystać jeden z utworów Warsa i musiałam się skontaktować z właścicielem praw, którym była pani Elżbieta Wars. Poznałam ją w Hollywood i tak się zaprzyjaźniłyśmy.

E.W. A jak ona trafiła do Hollywood?

A.J.: To jest ciekawa historia. Jeszcze przed wojną, Henryk Wars, kompozytor wielu przedwojennych szlagierów, dostał zaproszenie od producentów filmowych największych wytwórni jak MGM czy Columbia. Oni przyjechali nawet do Warszawy i zaprosili go osobiście. Ale wtedy w Warszawie, Henryk Wars komponował muzykę i piosenki do większości filmów i tak dobrze zarabiał, że wyjazd do USA w ogóle go nie interesował. Ale po wojnie jak się sytuacja zmieniła, to przypomniał sobie o tym zaproszeniu i postanowił tam pojechać. Niestety, tam także po tylu latach, sporo się zmieniło, nikt go już nie kojarzył. Nie miał pracy przez 5 lat i dlatego pani Elżbieta zaczęła swoją karierę.

E.W. I co ci opowiadała Pani Elżbieta o życiu w Hollywood? Podobno znała Polę Negri?

A.J. Tak! Wspaniałe były jej anegdoty o Hollywood, bo jak sama mawiała była nim przesiąknięta ,mieszkała tam wiele lat. Ich sąsiadami byli John Wayne i Gregory Peck. Często razem spotykali się na drinka. Zresztą ona też pracowała w świecie filmu! Była stylistką w pewnym sensie, chociaż sama o sobie mówiła, że była krawcową, ale taką artystyczną. Projektowała stroje dla ówczesnych gwiazd, nawet na ceremonię rozdania Oscarów. Mówiła, że jej stroje nosiła sama Grace Kelly.

E.W. Czy pani Ela projektowała pod własnym nazwiskiem czy też stworzyła jakąś markę?

A.J. Pracowała przez ponad 20 lat w salonie mody w Beverly Hills, którego właścicielem był Don Loper. Elżbieta zaczęła pracę jako krawcowa. Ale ponieważ lubiła wszystko „organizować”, wkrótce awansowała na koordynatorkę prac na specjalne zamówienia dla najważniejszych klientów Lopera i w ten sposób dobrze ich wszystkich poznała. Do jego butiku w Beverly Hills przychodziła cala elita aktorska i artystyczna – ubierał Audrey Hepburn, Marlenę Dietrich, Judy Garland, Elle Fitzgerald, Lanę Turner. Pani Elżbieta tam projektowała, wraz z całym zespołem. Sukienki od niej mam do dzisiaj i to właśnie w nich śpiewałam piosenki Warsa.

E.W. A co ci opowiadała o Poli Negri?

A.J. Właśnie, John Wayne, Gregory Peck, Pola Negri często bywali u Warsów na przyjęciach. Opowiadała o Poli Negri, że była bardzo towarzyska i bardzo też kochała swoją mamę Eleonorę, która, co tu dużo mówić, była prostą, wiejską kobietą. Pola Negri zaprosiła kiedyś na Sylwestra Warsów i poprosiła panią Elżbietę, aby miała oko na jej mamę, kiedy przyjdą pozostali goście. Żeby mama nie narobiła wstydu jak, np. pójdzie do bufetu. I Pola zawsze powtarzała „Pilnuj mojej mamy, proszę cię!”. I właśnie podczas jednego z takich „pilnowań”, matka Poli Negri powiedziała do Elżbiety Wars: „Paniusia bardzo ładna, ale troszku sucha”.

E.W. Hahaha, to piękny tekst! To powróćmy jeszcze jak za dawnych lat do twojego słynnego „Diamentowego Kolczyka”. Uwielbiam ten teledysk w hotelu Victoria!

A.J. To było za komuny jedyne miejsce w Warszawie, gdzie można było zrobić ładne zdjęcia. Bo tam były palmy, piękne wnętrza, szkło, duża przestrzeń, skórzane kanapy. To był po prostu wielki świat! Nawet Julek Machulski nakręcił tam „Kingsajz”. To było jedyne miejsce w Warszawie, gdzie czuć było powiew zachodu.

ANNA-J-2

Fot. print screen z youtube

E.W. Serial „07 zgłoś się” i „Wielkiego Szu” też tam kręcili. Ale oglądając twój teledysk dzisiaj, powiedzielibyśmy, że to spory product placement: albo logo hotelu na ręczniku albo na mydełku w łazience.

A.J. Tak, ale wtedy o tym nikt nie myślał. Nie było takiego pojęcia jak „lokowanie produktu”. Myśmy to robili wyłącznie z powodów estetycznych, dla koloru, żeby zdjęcia były kolorowe, a nie szaro-bure.

E.W. A kto cię wtedy stylizował?

A.J. Lidka Popiel. Ona była niesamowita! Pracowała jeszcze wtedy jako modelka, zanim została fotografką.

E.W. Wtedy nie było w ogóle kogoś takiego jak stylistka.

A.J. Wtedy mówiło się kostiumografka. Miałyśmy do dyspozycji 10 rzeczy, które kupiłam na zachodzie. Położyłam je w hotelu na łóżku i Lidka stworzyła z tego 6 kompletnie innych kreacji – stylizacji. Niesamowite miała zdolności. Zrobiła coś z niczego.

E.W. A make-up, fryzura?

A.J. Też Lidka robiła. To co dziś robi kilka osób, kiedyś robiła jedna.

1 (1)

Fot. Czudowski & Weinberg

1 (4)

Fot. Czudowski & Weinberg

E.W. Skąd ty wtedy znałaś trendy? Skąd wiedziałaś, co kupować na tym zachodzie?

A.J. Jeździłam sporo na zachód, bo moja mama mieszkała w Berlinie Zachodnim. Tylko, że wtedy paszport dostawało się na jeden wyjazd. Potem, jak się wróciło, trzeba było oddać paszport i 6 tygodni minimum odczekać, by pojechać po raz kolejny. No to sobie wyobraź. Jechałam do Berlina, ubierałam się w tamtejszych sklepach – dzisiaj sieciówkach, które były absolutnie odjazdowymi sklepami. Dzisiaj te wszystkie sklepy są w Polsce, ale wtedy nie było niczego i wszystko trzeba było załatwić (zamiast kupić) albo przywieźć z zagranicy.

1 (2)

Fot. Czudowski & Weinberg

1 (3)

Fot. Czudowski & Weinberg

E.W. A jak udawało ci się pogodzić tak świetnie rozwijającą się karierę i macierzyństwo ?

A.J. Tak mi się ułożyło, że wszystko było równocześnie: szkoła, kariera, macierzyństwo, małżeństwo. Ale nie chciałam nic odkładać na później. Teraz, po latach mogę spokojnie powiedzieć, że to najlepsza decyzja jaką podjęłam, bo dzięki temu mam wszystko, moje dzieci są dzisiaj dorosłe, a ja jestem spełniona jako matka, jako żona. Nie musiałam niczego poświęcać.

W.E. No, ale pamiętam taki wywiad z Radzimirem, gdzie powiedział, że mama poświęciła swoją karierę dla niego i siostry.

A.J. Potem tak rzeczywiście było. Szkołę mogłam opuszczać jak miałam 30 koncertów miesięcznie, ale dzieci już nie chciałam zostawiać. W związku z tym, musiałam odpuścić to koncertowanie i jeżdżenie busem przez Polskę. Próbowałam przez chwilę jeździć z dziećmi, ale to było bez sensu.

zdjcie

Fot. arch.pryw.

E.W. A czym się zajmują twoje dzieci? Syna Radzimira wszyscy znają, a córka co robi?

A.J. Radzimir jest wspaniały. Oczywiście, boję się o niego, bo w tej artystycznej drodze są upadki i wzloty. I każdy musi umieć przez to przechodzić. A córka Marysia została adwokatem. Specjalizuje się w prawie karnym oraz autorskim.

E.W. A śpiewanie zupełnie jej nie interesowało?

A.J. Raczej nie, Marion (taką ma ksywkę) troszkę pisała, bo ma świetne pióro. Pisała felietony do różnych gazet. Jestem z niej bardzo dumna, bo jej zawód jest również jej pasją. Jest bardzo wesoła i często mnie rozśmiesza. Cieszę się, że udało mi się wychować moje dzieci tak, że ta ironia, autoironia, humor abstrakcyjny jest początkiem każdej naszej rozmowy. Często nie możemy poważnie porozmawiać, bo zawsze żartujemy.

E.W. A ty właściwie teraz, z nową płytą świętujesz powrót po latach?

A.J. W tzw. międzyczasie nagrałam kilka płyt, ale w zasadzie one troszkę przeszły bez echa. Nie miały żadnej promocji, więc trafiły tylko do nielicznych fanów. Ale teraz kiedy wypoczęłam, dzieci mam dorosłe, mam więcej czasu dla siebie, pokończyłam już wszystkie możliwe studia (na Wydziale Prawa i doktoranckie z prawa autorskiego, kurs nauczycielski jogi, rozmaite kursy enologiczne i hippiczne), nie mam co robić, więc nagrałam płytę i znowu sprawiło mi to wielką frajdę.

maxresdefault

E.W. Jak się odnajdujesz w tej nowej rzeczywistości medialnej?

A.J. No uczę się, uczę się. Teraz trzeba wyciągać wnioski. Nie wszystkie stare triki się sprawdzają.

E.W. A jakie były stare triki? Wtedy było bardziej przyjaźnie niż teraz.

A.J. Tak, tak. Chociaż tzw. hejterstwo też było.

E.W. Jak się przejawiało? Przesyłali Ci listy?

A.J. Ta krytyka była zgryźliwa, ale inteligenta. Ciekawie było tego posłuchać. Czekaliśmy wszyscy, co powie Kałużyński na temat nowego filmu. A teraz jest Tomek Raczek, ale nikt niestety do niego nie biegnie, żeby się wypowiedział. A ja jestem ciekawa, co on ma do powiedzenia. Czytam często bloga Tomka, ponieważ cenię bardzo jego opinię. I kiedyś tak samo ceniło się opinię krytyków muzycznych, bo mieli coś do powiedzenia i naprawdę coś kreowali poprzez swój rzeczowy, profesjonalny wykład na dany temat.

E.W. Ale odnajdujesz się w rzeczywistości, w której jest nagle z 500 piosenkarek?

A.J. Większość to są kopiści, którzy powinni występować w karaoke i świetnie to robią. Bo zaśpiewanie piosenki po Whitney Houston wspaniałym wokalem, to jest tylko połowa sukcesu. Bo to tylko pokazuje, że taka osoba ma możliwości, ale ona jeszcze nic nie stworzyła. Bo zaśpiewać coś po kimś, co to jest za kreacja? Trzeba samemu zbudować sobie repertuar. Są w Polsce nawet gwiazdy wielkie, które nie mają dobrego repertuaru, bo nie potrafią o to zadbać. Nie mają gustu. Same nie wiedzą, co jest dobre. Ale sukces powinien być zawsze przy okazji tworzenia sztuki, bo to ona jest sensem, a nie sukces, choć niektórzy myślą, że odwrotnie. I ja nie twierdzę, że mam monopol na prawdę, dobro i piękno.

E.W. No nie wiem… ;-) Wyglądasz fantastycznie. Jak Ty to robisz?

A.J. Ja mam chyba taką naturę pogodną. Moje królestwo jest we mnie.

PHOTO: PAWEL WRZECION/MWMEDIA 08.08 2014  Prezentacja bi¿uterii Ella  N/Z: KATARZYNA CICHOPEK

Fot: PAWEL WRZECION/MWMEDIA

E.W. A skąd ty to wiesz?

A.J. Joga mi trochę pomogła. W jodze mówimy, że każdy człowiek ma trzy umysły: pozytywny, negatywny i neutralny. Wszystkie szkoły jogiczne uczą wykorzystywania tego balansu, pomiędzy tymi trzema umysłami musi być równowaga. Większość ludzi o tym nie wie i w przewadze mają ten negatywny.

E.W. Joga ale i zdrowa dieta, tak?

A.J. Dieta tak. Trzeba mądrze jeść. Pomimo, iż jestem wielką miłośniczką dobrych win, nie wypijam więcej niż dwie lampki co wieczór, ponieważ szkodzi mi to, na tak zwaną urodę. Robię sobie różne diety oczyszczające, koktajle. Gimnastyka co drugi dzień jest konieczna, jak mycie zębów. Nawet, jeśli mi się nie chce. Robię trening siłowy z trenerem, jogę dwa razy w tygodniu, jazda na rowerze, jazda konna. Uważam, że wysiłek fizyczny jest absolutnie wskazany. Nagrodą są endorfiny, które się wydzielają i jesteś po prostu szczęśliwa i uśmiechnięta.

20150518_AX_4598

 

Lubię(0)Nie lubię(0)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Retro i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Komentarze

Liczba komentarzy: 0

    Dodaj komentarz