JAK JUŻ DZIAŁAM, TO SZYBKO

J (4)a 2

„OSOBIŚCIE NIE WYRAŻAM ZGODY NA BYLE JAKI WYGLĄD TYLKO DLATEGO, ŻE PIERWSZA MŁODOŚĆ DAWNO JUŻ MINĘŁA” –  Jolanta Zwolińska, kreatorka marek sukcesu, współwłaścicielka marki kosmetycznej YONELLE

EWA WOJCIECHOWSKA: Spotykamy się kilka dni po imieninach Jolanty i można też powiedzieć, „imieninach“ firmy YONELLE. Jakie życzenia słyszała pani od przyjaciół najczęściej? 

JOLANTA ZWOLIŃSKA: Życzyli, żebym znalazła szczęście, żeby było dużo dobra wokół mnie, dużo uśmiechu, zdrowia i spokoju ducha oraz oczywiście sukcesu YONELLE.

A ja się raczej spodziewałam, że przyjaciele będą pani życzyć więcej czasu dla siebie. Przed chwilą mi pani zdradziła, że tak ciężko jak przy YONELLE nie pracowała pani nigdy wcześniej.

– Ale ja traktuję pracę jak mój czas dla siebie. Praca jest moim szczęściem. Miałam trzy lata przerwy w tworzeniu kosmetyków, ze względu na zakaz pracy w konkurencji, a to długi czas na przemyślenia i naukę. Zdałam sobie wtedy sprawę, że ja to głównie myślę. Nawet nie wiem, czy ja pracuję, ja po prostu myślę (śmiech). I ciągle muszę coś wymyślać. Tworzyć. Działać.

J (6)a

To jak to było z wymyśleniem nazwy nowej firmy?

– Zaczęło się od szukania nazwy dla salonu kosmetycznego, który otwieraliśmy jeszcze przed powstaniem naszej marki kosmetyków. I muszę przyznać, że tworzenie tej nazwy było jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły w życiu (śmiech). Wydawać by się mogło, że jest to bardzo proste zadanie. Trzeba tylko dać upust swojej wyobraźni, nie ma prawie żadnych ograniczeń. Dwie poprzednie nazwy firm były mojego autorstwa, pomyślałam więc: co to za problem? Po czym okazało się, że problem był porażający! Chcieliśmy, żeby nazwa zaczynała się na „Y“ od Jolanty i sugerowała, że jest to coś nowego, poza tym pełna dowolność. To wymyślanie zajęło nam pół roku. Przećwiczyłyśmy chyba 200 nazw! Nie mogłyśmy się zdecydować, a było nas aż siedem. Uznałam, że to musi być taka nazwa, która spodoba się od razu każdej z nas. Spotkałyśmy się u koleżanki na wino i stwierdziłyśmy, że nie wyjdziemy bez gotowej nazwy. Po paru godzinach któraś krzyknęła: „Może YONELLE“? I wszystkie wpadłyśmy w euforię, że to jest to!

Ale domyślam się, że wymyślenie nazwy było niczym w porównaniu z wymyśleniem całej koncepcji marki, nowej formuły kosmetyków. Czym zaskoczyć współczesną kobietę 40+?

– To dłuższa historia i nie dotyczy tylko mnie. Jest dowodem na to, ile znaczy w życiu spotkanie na swojej drodze odpowiedniego człowieka. Razem z moją wspólniczką Małgosią Chełkowską świetnie się rozumiemy. Znamy się już od 15 lat. Była świeżo upieczonym doktorem chemii, gdy zaczęłyśmy współpracować w dziedzinie kreacji i oceny skuteczności kosmetyków. Często dyskutowałyśmy o nowościach i o tym, co się dzieje na rynku surowców kosmetycznych. Zauważyłyśmy, że nie jesteśmy przekonane, czy składniki aktywne w kosmetykach rzeczywiście działają tak, jak powinny. Czy w wystarczającym stopniu wnikają do skóry. Inna nasza obserwacja była taka, że ta kosmetyka zaszła nieco w ślepy zaułek, że od dawna nie wydarzyło się nic przełomowego. Ciągle pojawiają się nowe składniki, ale tak naprawdę nie ma widocznej różnicy działania na skórę. Podczas targów kosmetycznych miałyśmy wrażenie, że „wieje nudą“ i panuje ogólna stagnacja. W tym czasie bardzo dużo czytałam, studiowałam, uczyłam się. Trafiłam na prace profesora Wiechersa, światowej sławy holenderskiego profesora, chemika kosmetologa, zajmującego sie problemem przenikania substancji kosmetycznych przez skórę. Jednocześnie okazało się, że był on jednym z recenzentów prac naukowych publikowanych przez Małgosię Chełkowską na ten właśnie temat. W dodatku był to także przedmiot jej pracy doktorskiej. Małgorzata jest więc wybitnym ekspertem w tych zagadnieniach i to nam dało pewność, że podążamy właściwą drogą, natchnęło do dalszych poszukiwań. Ich wyniki były dla mnie szokiem! Okazało się, że większość składników biologicznie czynnych zawartych w kosmetykach wnika do skóry na poziomie  nie więcej niż 1%. Reszta zostaje na powierzchni. A jeżeli nie wnika, to niestety nie działa…

FOT. mat.pras.

I co zrobiłyście z tym odkryciem?

– Zaczęłyśmy drążyć temat. Trafiłyśmy na badania dowodzące, iż stosowane dotychczas nośniki substancji aktywnych, które były dla mnie jednym z największych odkryć kosmetologicznych, też nie pokonują bariery naskórka. Dlaczego? Bo są za duże. Żeby coś działało, musi wejść między komórki, czyli ten nośnik musi być mniejszy niż przestrzeń między komórkami naskórka. A  nośniki stosowane w kosmetyce nie były tak małe. Właściwie w tym miejscu mogłyśmy się poddać, ale postanowiłyśmy szukać rozwiązania dalej. Jeździłyśmy na sympozja i konferencje, studiowałyśmy literaturę.

Ale czy chce pani powiedzieć, że luksusowe kremy za 500 czy 1000 zł też nie działają, bo nie przenikają przez skórę?

– Nie, w żadnym wypadku nie mogę tego powiedzieć! Kosmetyki mają różne funkcje i mechanizmy działania. Są takie, które działają okluzyjnie na powierzchni skóry, nawilżają i dzięki temu ujędrniają, pełnią rolę ochronną, upiększają, itp. Jednak takie składniki, które mają stymulować metabolizm starzejącej się skóry, wnikać w nią muszą! Mimo, że w kosmetykach stosuje się od dawna substancje zwiększające przenikanie składników aktywnych do skóry, to ich skuteczność na ogół nie przekracza 10%. Uznałyśmy to z Małgosią za wyzwanie, za problem, który bardzo poważnie ogranicza efekty działania kosmetyków. I zaczęłyśmy szukać sposobów jego rozwiązania.

I gdzie ono się pojawiło?

– Na jednym z sympozjów w Anglii poznałyśmy ludzi z laboratorium naukowego, którzy zajmują się sposobem zwiększenia przenikania przez skórę substancji leczniczych. I ci naukowcy mieli opatentowane nośniki, które są tak małe, że przenikają do przestrzeni międzykomórkowych. Mówiąc wprost, udało im się spłaszczyć kulisty, typowy kształt nośnika, do kształtu  dysku, dzięki czemu jego jeden wymiar (grubość) jest tak mały, że nośnik może wnikać w głąb skóry,  nawet przez 14 warstw komórek! Tak narodziły się nasze NANODYSKI™.

I już wiedziałyście, że to jest to!?

– Rzeczywiście, wpadłyśmy w euforię. Wydawało nam się nawet, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Ale okazało się, że jest to prawdziwa rewolucja, bardzo dobrze udokumentowana naukowo.

I nikt tego wcześniej nie wykorzystał?

– To była nowość. Do tej pory wykorzystywano te nośniki w farmacji. Teraz, NANODYSKI™ wypełnione substancjami aktywnymi robione są specjalnie na nasze zamówienie. Wspólnie z partnerami brytyjskimi podejmujemy decyzję o ich zawartości. Zaczęlismy od retinolu. Przeprowadziłyśmy badania, które potwierdziły, że za pomocą NANODYSKÓW™ wnika go do skóry o 340% więcej! Teraz łączymy różne składniki – kwas hialuronowy,  peptydy i lipopeptydy, witaminy i inne.

I to jest wasz klucz do sukcesu?

– Tak! To jest ten łut szczęścia. Nie musiałyśmy przecież być akurat na tym konkretnym sympozjum, nie musiałyśmy trafić na tę ofertę i rozpoznać jej niebywałych możliwości, ani trafić na tych właśnie ludzi z pasją.

A inne firmy nie poszły waszym śladem?

– To nie jest takie proste. Po pierwsze: to jest trudny surowiec, a po drugie: drogi i stosuje się go w dużych dawkach. Więc to od razu narzuca budowanie marki droższej.

Dlatego kremy YONELLE nie mogą kosztować 30 zł?

– Koszty wytworzenia i cechy produktu związane z zastosowaniem NANODYSKÓW™ determinowały nasz target. Prosta kalkulacja pokazała, że kosmetyki te nie będą należały do tanich, ale wierzyłyśmy mocno, że klientki uznają je za warte swojej ceny. I takie maile dostajemy! Sprawiają nam wielką radość.

 Kosmetyki YONELLE skierowane są do kobiet dojrzałych 40+. Dlaczego akurat ta grupa?

– Opracowując, analizując i testując różne receptury naszych kosmetyków z NANODYSKAMI™ uznałyśmy, że najkorzystniejsze efekty przynoszą one w przypadku cery dojrzałej, wymagającej stymulacji metabolizmu skóry. Wtedy właśnie zachodzi potrzeba dostarczania w głąb skóry składników aktywnie pobudzających syntezę białek odbudowujących. Jeśli te stymulatory nie wnikną w skórę, nie przejdą przez barierę naskórka, to po prostu nie działają. A NANODYSKI™ to umożliwiają. Tak więc bardzo wzrasta  skuteczność przeciwzmarszczkowa i efekty odmładzania wyglądu skóry. A tego najbardziej potrzebuje cera 40+, 40++, itd. Zresztą ja sama jestem kobietą 40+++, więc miałam potrzebę stworzenia czegoś wyjątkowego dla siebie i dla kobiet takich jak ja – niewyrażających zgody na byle jaki wygląd tylko dlatego, że pierwsza młodość dawno już minęła.

Wyjaśnijmy jeszcze, że kosmetyki 40+  nie są przeznaczone tylko dla pań w przedziale wiekowym 40 – 50.

– Tak, ustaliłyśmy, że okolice „czterdziestki“ to czas, kiedy kobieta powinna zacząć dbać o odpowiednią stymulację skóry i konsekwentnie kontynuować to jako 50+, 60+, 70+ i dalej. Śmiałyśmy się nawet, że przedział wiekowy dla naszych klientek powinien wyglądać: 40 – 140! Rzeczywiście, dostawałyśmy maile z pytaniami typu: „Czy jeśli mam 56 lat, to czy te kosmetyki nie są za słabe?“ Albo niektóre panie 60+ nakładają podwójną warstwę kremu. Rozczula mnie to bardzo i kocham te nasze konsumentki.

Kosmetyki YONELLE to nie tylko bogata zawartość, ale też piękne opakowania. Skąd ten pomysł?

– Nasze cenne NANODYSKI™ zasługiwały na wyjątkowe opakowanie. Chciałyśmy przekonać klientki, że to naprawdę wyjątkowy produkt. Jak już kobieta spróbuje raz naszych kosmetyków, to się zachwyci. Miałyśmy takie nieskromne przeczucie. Ale to jest nowa firma, nowa nazwa, nie jesteśmy koncernem, który ma miliony na reklamę. Chciałyśmy więc zachwycić kobiety już samym opakowaniem, aby dzięki temu sprawdziły, co jest w środku i przekonały się, że jakość zawartości opakowania idzie w parze z jego urodą. Szczerze mówiąc, zauważyłyśmy, że w Polsce nie ma jeszcze takiego trendu, by opakowania kosmetyków były niestandardowe, by były piękne, przyjemne w dotyku i żeby na półce wyglądały jak biżuteria. A my tego chciałyśmy.

kompozycja-H2O(1)

Pani Jolanto, cofnijmy się trochę do przeszości. Bo YONELLE to już trzecia marka, którą pani tworzy. Jako pierwsza była Soraya, przez 10 lat, a potem Dermika – 16 lat. Czy lubi pani zaczynać wszystko od nowa?

– Nienawidzę! Tak się po prostu wszystko potoczyło, to była siła wyższa. Ale jest coś takiego we mnie, że wiele rzeczy zrobiłam z buntu. I w życiu prywatnym, i zawodowym. Coś musi mnie denerwować i bardzo mi nie pasować, żebym była gotowa na zerwanie z czymś, co sama tworzyłam. Sorayę zakładaliśmy w 1984 roku, w głębokiej komunie. Inna epoka, dziś niewyobrażalna. Na widok milicjanta chowałam się w sobie, bo przeżywałam  ciągły strach, że mnie zamkną jako prywatnego przedsiębiorcę. Wtedy z każdej strony starano się „przyłożyć“ tzw. prywaciarzom.

Jak się tworzyło kosmetyki w tamtych czasach? Jak się robiło biznes?

– To było bardzo śmieszne! Kremy robiło się w 20-litrowych garach, które stały na co dzień w barach mlecznych. Bardzo ciężko było taki gar kupić. Pamiętam moment, gdy szłam po jakichś torach pieszo do Anina, żeby zakupić gar u producenta. Udało się, ale potem trzeba było wymyślić mechanizm do kręcenia kremów. Mój brat miał sąsiada, mechanika – złotą rączkę. Zrobił nam to mieszadło z silnika do wycieraczek od Żuka. Finał tej historii jest taki, że ten człowiek jest  dzisiaj jednym z potentatów w produkcji wysokiej klasy maszyn do wytwarzania kosmetyków i leków.

Czyli była pani matką chrzestną jego sukcesu?

Tak, niedawno się widzieliśmy i on zawsze mi powtarza, że nigdy mi tego nie zapomni! A ja nigdy nie zapomnę  pierwszego produktu Sorai. To była emulsja do opalania z filtrem, chyba nawet pierwsza w Polsce, chociaż o mały włos nie zbankrutowałam przez tę emulsję. Posprzedawałam wszystko, co mogłam , nawet biżuterię rodzinną, taką chowaną przez rodziców „na czarną godzinę“, książki, pianino, wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Wielka desperacja i stres, ale postawiłam wszystko na jedną kartę. Mieliśmy na starcie wielkiego pecha, bo wtedy akurat nie było w ogóle lata, więc kiedy wspólnik jechał z tymi emulsjami do opalania do sklepików nad morzem, to było +6 stopni i sztorm. Sprzedawcy tylko się z niego śmiali! A inna rzecz, że nikt nie rozumiał, po co jest ten filtr. Ale jakoś nam się potem udało odbić od dna.

A co się stało po tych 10 latach pracy?

– W pewnym momencie, przestałam się dogadywać ze wspólnikami. Mieliśmy różne wizje firmy. Kiedy odchodziłam w 1994 roku, w Polsce zaczynał funkcjonować normalny rynek, pojawiła się zagraniczna konkurencja i żeby ją pokonać, mój wspólnik chciał produkować w naszej firmie najtańsze kremy w kraju, nawet była już wymyślona formuła. Krem miał być duży i tani. A moja koncepcja marki była zupełnie inna. Nie wyobrażałam sobie pracować w takich warunkach, bo nie mogłabym się pod tym podpisać. A chciałam zawsze być dumna z tego, co robię. Odeszłam. Zapłaciłam za to bardzo wysoką cenę. To było dla mnie jak porzucenie własnego dziecka, któremu mogłam jeszcze tyle dać. Wpadłam w depresję, przez dwa tygodnie nie wstawałam nawet z łóżka, tylko ryczałam. Podniosłam się w końcu głównie dla mojego męża, ale okazało się również, że w firmie jest kilka osób, które nie wyobrażają sobie pracy beze mnie. Tak naprawdę to już gdzieś w głębi duszy wymyśliłam sobie nową firmę. A dzięki nim stało się to możliwe.

To ile czasu pani zajęło „pozbieranie się“ i wymyślenie nowej marki?

– Jakieś dwa, może trzy tygodnie (śmiech). Jak już działam, to szybko. Tak powstała Dermika. Wymyśliłam, że to będą kosmetyki z najwyższej półki. Był rok 1994, nowe początki. Znowu zainwestowałam w tę firmę wszystkie moje pieniądze. Na początek wyprodukowaliśmy tylko dwa produkty o nazwie „Satysfakcja“ z kwasami owocowymi i ceramidami. To był hit i sukces, który nas zaskoczył. Zaskoczył dosłownie, bo kremu zabrakło w sklepach, a my nie mieliśmy pieniędzy na kontynuowanie produkcji. Żaden bank nie chciał mi udzielić kredytu. Ale powstała wówczas w Polsko-Amerykańska Fundacja Wspierania Przedsiębiorczości Drobnej i Średniej, którą firmował Zbigniew Brzeziński. Musiałam przedstawić dokładny plan działania i udowodnić, że oddam pożyczone 100 tysięcy dolarów. Po 6 godzinach maglowania w końcu uwierzyli mi na słowo i… udało się! Przyznali mi kredyt! Potem byli ze mnie bardzo „niezadowoleni“, bo w ciągu 6 miesięcy spłaciłam wszystko i nie dałam funduszowi zarobić na odsetkach.

I co? Po 16 latach pracy w Dermice znowu się pani zbuntowała?

– Odniosłam takie wrażenie, że stoję w miejscu, że doszłam do ściany, że wiele rzeczy jest kompletnie nieprzewidywalnych, jak np. cena euro, kryzys, zaczęły się nerwy. Czułam się zmęczona. Pomyślałam, że już nic więcej w tej firmie nie zrobię, że to już jest odchowane dziecko, a nawet panna na wydaniu. I skoro dostałam ofertę odkupienia naszej marki od koncernu Cederroth, to – w porozumieniu ze wspólniczkami – zdecydowałam się na sprzedaż. Miałam jednak pracować dalej jako wolny konsultant, ale tak się nie stało. Musiałam więc znowu wykreować kolejną firmę, bo przecież nie mogłabym żyć tak bezczynnie.

Co pani wtedy zrobiła?

– Najpierw otworzyłam Instytut Kosmetyczny oraz uruchomiłam szkolenia dla profesjonalistów branży „beauty“ w ramach Yonelle Masterclass Academy. Potem stało się dla mnie oczywiste, że muszę tworzyć coś nowego – luksusową markę kosmetyków. Kolejny raz wznieść się ponad standardy, zaproponować kobietom coś niezwykłego. Tak wyglądała moja dotychczasowa droga zawodowa i miałam marzenie, by to kontynuować. To wielkie wyzwanie, więc było dla mnie oczywiste, że potrzebuję partnera, nadającego na tej samej fali, o  nieprzeciętnej wiedzy kosmetologicznej, naukowej pasji, młodzieńczej żarliwości i zaangażowaniu, pracowitości i odpowiedzialności. Te cechy Małgosi Chełkowskiej zadecydowały o naszej wspólnej koncepcji. Stało się jasne, że powstanie nowa firma kosmetyczna –  spółka YONELLE. Połączyłyśmy siły i stworzyłyśmy nasze kosmetyki infuzyjne, czyli takie, w których składniki aktywne pokonują barierę naskórka. I idziemy z nimi w świat.

Jesteście na rynku dopiero 7 miesięcy roku, ale rozumiem, że satysfakcja już jest? I pierwsza nagroda parę dni temu! „QLTOWY KOSMETYK 2014” w kategorii Pielęgnacja Twarzy – Kosmetyki Selektywne.

– Satysfakcja jest ogromna. Pokonaliśmy konkurencję! Usłyszeć opinie, że nasze kosmetyki są jak dobrze skrojony garnitur na miarę, a ich stosowanie daje wielką przyjemność i widoczne rezultaty – to bezcenne. Dostajemy również mnóstwo wiadomości od naszych klientek z podziękowaniami i gratulacjami. Są zachwycone opakowaniem kosmetyków, woreczkiem, tym “kliknięciem” przy otwieraniu słoiczka. Dziś napisała do nas pani rencistka, która dostała nasz produkt od swojej córki i przyznała, że choć krem jest drogi, to jest warty swojej ceny. Takie maile są dla nas największą nagrodą!

Gratuluję! Życzę kolejnych sukcesów i bardzo dziękuję za rozmowę!

image005

Lubię(0)Nie lubię(0)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uroda i oznaczony tagami , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Komentarze

Liczba komentarzy: 0

    Dodaj komentarz